środa, 20 maja 2015

Sen, kajak, sen.

Wyspanie się jednak ma swoje zalety! Od paru tygodni jedynie o tym marzyłam, ale podstawowe pytanie kiedy to zrobić, gdy plany są tak rozbudowane? tak głośno huczało, że dodatkowo nie pozwalało na sen. W końcu udało się spełnić to błahe marzenie kosztem spóźnień do pracy. Ale nic to, nadrobiłam i od razu świat wydaje mi się milszy. Nie mam w głowie wiecznego dramatu, nie straszę ludzi skwaszoną miną. 

Chociaż i tak wydaje mi się, że inni postrzegają u mnie skwaszenie, zmęczenie, zły nastrój jako zobojętnienie. Tak właśnie było na ostatnim spływie. Przeżywałam kryzys, bo było strasznie zimno i głód powoli kładł mnie na łopatki. Staliśmy w cofce, czekając aż ludzie przed nami poradzą sobie ze zwałką, i jeden z członków kadry powiedział do mnie: "wyglądasz Majka tak jakbyś miała wyjebane". Nie miałam, rzeka mi się ewidentnie podobała. Zwłaszcza ten fragment. Łupawa nie należy do rzek przychylnych, pluszowych, które głaszczą nas spokojnym nurtem i szerokimi możliwościami płynięcia. Jest ciasno, płytko, wartko, ciut górsko. Są kamienie, zwalone drzewa, zakręty. Nie ma mowy o nudzie. Jednak stałam tam i czułam ogromne zmęczenie. Bo chłód i jeść się chciało. Potem, gdy na ceratę wjechały kanapki a nam pozwolono jeść w czapkach (główna zasada spożywania posiłków: jeżeli jesz w czapce, zmywasz gary) i przebrałam mokre ciuchy, to od razu poczułam ulgę. I mogłam płynąć dalej, dalej, jak najdalej. Tylko że spływ się skonczył po pięciu kilometrach. 

Cieszę się, że zapisałam się na to szkolenie kajakowe. Miałam pewne opory i zresztą wciąż mam jakieś ograniczenia w sobie. Wstydzę się, nie umiem poczuć się swobodnie w grupie. Czuję, że nawet, gdy wcześniej pływałam, to nic o tym pływaniu nie wiem i wszystkiego uczę się na nowo. Właśnie dlatego, że nie ma komfortu, myślę, że to będzie wartościowe dla mnie. Poczułam większy respekt do wody. Wcześniej byłam takim nieopierzonym młokosem, któremu się wydawało, że wie już wszystko.

Nie wiem nic. I teraz kadra, świetni ludzie, których od razu polubiłam, pokazuje co i jak. Staram się ćwiczyć, nie wszystko mi wychodzi. Najgorszy jest tzw. "przechył", którego zupełnie nie ogarniam swoim ciałem. Teoretycznie wiem, co powinnam zrobić. Praca biodrami, odpowiednie ustawienia kolan (i nacisk na boki łódki), ale tułów mi się rwie do przodu (a powinnien być stabilny). Potrzebne to jest przy silnym prądzie, przy promowaniu z jednego brzegu do drugiego (dupą do nurtu!). Czasami mi wychodzi, ale te momenty są tak nieuchwytne dla mnie, że nie potrafię tego wydłużyć i przytrzymać. Nie mówiąc o powtórce z rozrywki. 

Gdy poczuję się pewniej na wodzie, zacznę się bawić. Teraz tak nieśmiało kręcę bączki i wchodzę z impetem w cofkę. A później będę wyszukiwać tych przeszkód, zamiast je omijać szerokim łukiem. Będę na nie z miłością się pchała. 

Podziwiam tych z doświadczeniem. Widzę jakie to dla nich naturalne. Płyną tyłem, nie bojąc się, że na coś wpadną. Nie ma w nich spięcia. Ciało słucha ich komend, za czym idą od razu odpowiednie zachowania łódki. Szacunek! 

A następna rzeka to Słupia. Bardzo ją lubię, więc już się cieszę na ten weekend. Muszę tylko wziąć ze sobą dużo batonów. By nie myśleć o przystanku, ale skupić się na ćwiczeniach w kajaku. Wiem, że się nie wyśpię, bo przy ognisku trzeba siedzieć do oporu (jeżeli odejdę, na pewno stanie się coś fajnego!), ale od tego mam poniedziałek i wtorek by spóźnić się do pracy i trochę dłużej pokokosić w łóżku.

wtorek, 5 maja 2015

Wstęp do zamków.

Majówka była dla mnie świętem lenistwa. Głównie syciłam się pięknym widokiem przez okno i tym, że nic nie muszę a jak to się ostatnio mówi o różnych czynnościach: serial Mad Man sam się przecież nie obejrzy. No może w sobotę potrzebowałam wyjść "się wybiegać" i wsiadłam na rower, co mi przypomniało o słowach kolegi z Tczewa, który żegnał mnie w poznańskiej pracy: w Trójmieście zawsze wieje. Może nie zawsze, ale bardzo bardzo często. Tym razem wiało tak chaotycznie, że niezależnie od tego, w którą stronę jechałam, wiało po prostu we mnie. W połowie drogi, czyli gdzieś na 20 km, żałowałam, że w ogóle wyszłam,ale po powrocie wypiłam owocowy koktajl i od razu zrobiło mi się przyjemniej. W niedzielę natomiast dosiadłam konia. Bazyla. M. podpowiedział mi coś bardzo oczywistego: uwielbiasz konie, nigdy nie jest za późno, żeby się nauczyć na nich jeździć. Prawda, a jeżeli mi nie wyjdzie, to mam czas, żeby z nimi obcować. Bazyl jest fajnym koniem, średniej wysokości, jasny brąz, cudowne oczy.

Poza tym zero ruchu. Kanapa i rozmyślanie nad ostatnim rokiem w Gdyni. Nad możliwościami odkrywania pomorskiego (bardzo dobrze wspominam bieganie po półwyspie helskim oraz półmaraton nadwiślański w Tczewie) i tego, że chętnie powracam do Wielkopolski i zupełnie inaczej wyglądają te moje po niej podróże (z lekkim posmakiem sentymentu).

Po dwóch miesiącach mieszkania w małym domku, wciśniętym pomiędzy dwa wielkie klocki, z dużą działką, pełną trawy (pierwszy raz w życiu kosiłam! niestety, było to widoczne, bo zamiast gładkości, jakieś irokezy i farfocle), przeprowadziliśmy się w okolice Kępy Redłowskiej. Domek miał swoje uroki, ale, jak to często bywa w Trójmieście, właścicielka na czas tzw. sezonu, wynajmowała go turystom. Potrzebowaliśmy czegoś na stałe (nie na wieczność, bo za jakiś czas pewnie będziemy się chcieli gdzieś przenieść). Teraz jest blok, zapachy cudzych obiadów i niestety fajek (a niektórzy jarają jak smoki), wysokie schody w piwnicy (po kilku miesiącach oswoiłam ją w sobie, z początku po rower schodziłam z dygoczącym sercem), a w okolicy kręcą się dziki. Coraz więcej dzików. Podjadają, tuczą się, rozmnażają. Setki nowych prosiaczków wesoło sobie biega po mieście. I wszyscy je traktują z respektem, bo zawsze jest w sąsiedztwie locha.

Od pół roku w życie jest wprowadzany projekt "zamki krzyżackie". Nie chodzi tylko i wyłącznie o te, które są restaurowane, odświeżane i otwarte do zwiedzania, ale też wszelkie pozostałości. Ślady. Ruiny. Informacje, że kiedyś tu, na tej ziemi, coś było. Podzieliliśmy sobie ten temat na parę wyjazdów i jeszcze nie udało się nam go zamknąć. Trudno jest znaleźć czas. M. rozpisał wszystkie weekendy na kartce, zaznaczył jego czynności, moje czynności a potem wyodrębnił te wspólne, podczas których możemy zrealizować całość (w maju będzie trudno, bo ja mam spływy kajakowe). Problem leży też w tym, że czasem jakaś informacja o "śladzie" wyskakuje po podróży. Okazuje się, że te tereny, które właśnie odwiedziliśmy, zawierają w sobie więcej punktów niż byliśmy tego świadomi. I trzeba będzie do nich powrócić. To nic. Uważam, że zamki powinniśmy odwiedzić parę razy, żeby w ogóle móc powiedzieć: tak, byliśmy tam. Trudno jest zgłębić całość za jednym razem. Nie mówiąc o zamku w Malborku, do którego trzeba wracać nieustannie.

Do tej pory: Bytów, Lębork, Gniew, Lidzbark Warmiński, Ryn, Reszel, Nowe, Kętrzyn, Kwidzyn, Grudziądz, Dzierzgoń, Sztum, Malbork... Trochę pokiełbasiłam, ale do każdej wyprawy wrócę, żeby ją opisać. 

piątek, 1 maja 2015

Roczek.

Czuję się dziś wyjątkowo świątecznie i nie ma to nic wspólnego z 1 maja. W zeszłym roku popakowana w pudła, przyjechałam do Gdyni. Po drodze połaziłam po Bydgoszczy, która mnie zaskoczyła tym, że wcale nie jest brzydka. Bulwar nadrzeczny, zielono, czysto. Ludzie ją źle sprzedali, plotki na jej temat na pewno nie były przychylne. Każde miasto ma przecież swoje brzydkie i ładne momenty. 

Świeciło słońce, przystankowy las pachniał świeżo i pięknie. Życie wydawało mi się wyraziste, napisane mocnymi zdaniami. Jak w taniej komedii romantycznej zdałam sobie nagle sprawę,że nie ma nic prostszego niż zmiana miasta, niż wyprowadzka. Oczywiście to tylko pozory, bo żeby tak było, żeby coś było proste, musi mieć dobrze rozbudowany kontekst. W moim przypadku zagrało wiele elementów. Po pierwsze chciałam: zmienić miasto, zmienić pracę. Po drugie: pojawił się odpowiedni chłop, który mnie do tego zmotywował. Po Szczecinie, w którym mieszkałam pół roku, byłam uposażona w wiedzę, że życie w innym mieście jest dobre, gdy a) studiujesz, b) nie masz wielkich wymagań społecznych c) masz w tym mieście już kogoś bliskiego. 

Co prawda mam w Trójmieście rodzinę, no i M.,ale to mi jednak nie wystarczyło. Nie chciałam skupiać się na jednym środowisku. A co jeżeli się rozstaniemy? Lepiej mieć swój świat, dobre dusze blisko. Mogłabym wrócić do Poznania, ale nie chcę. Poznań jest dla mnie zamkniętym rozdziałem i traktuję go jedynie sentymentalnie jako piękne miejsce do powracania. Gdy spakowałam pudła, pomyślałam, że teraz chcę moje życie budować gdzieś indziej. Także po pewnym czasie pomieszkiwania w Gdyni (bardzo długo czułam się jak turystka, która wpadła na chwilę nad morze) zaczęłam się rozglądać za ludźmi poza pracą. 

Ludzie od kettli. Okej, przyjemna odskocznia, ale nie umiałam się wkręcić w to towarzystwo. Popocić się z nimi mogłam, ale nie weszłam w bliższe kontakty. Może gdybym potrafiła sie określić jako fanatyczka crossfitu i stwierdzić, że tak chcę i robię z nimi na okrągło sport, jestem częścią drużyny. Może wtedy by to zagrało? 

Dyskusyjny klub książki. Późna emerytura, raz w miesiącu. Potrzeba czasu na miłość. 

Forum wegetarian, na którym owtorzyła się grupa, która chce się spotykać na obiady. Pierwsze koty za płoty. Za wcześnie by cokolwiek powiedzieć. Może jeszcze się z nimi zaziomkuję. 

W międzyczasie zmiana pracy spowodowała, że ludzie z byłego miejsca, w którym ryrałam, stali się automatycznie dla mnie ludźmi spoza pracy i zakumplowałam się bliżej z jedną osobą. Nastąpiło więc pierwsze zachlanie mordy w Trójmieście. Takie na poważnie, takie w babskim stylu, z włóczęgą i pijanym powrotem do domu, że następnego dnia wcale nie chciałam się obudzić i przeklinałam swoją głupotę. M.był poza domem. Wstałam z łóżka w kompletnie pustym domu, spojrzałam przez okno na istnie górski krajobraz (roztaczające się lasy i Witomino) i poczułam się człowiekiem z Trójmiasta.

Nie z Gdyni. Nie dzielę tego tworu na mniejsze żyjątka. Cieszę się z ich wspólnoty, chociaż ludzie stąd mają różne podejście. Niektórzy są bardzo skrajni i zapierają się, że w życiu do Gdyni/Gdańska nie pojadą (Sopot jest bardziej młodszym bratem Gdańska niż Gdyni). Kompletnie tego nie rozumiem, ale nie chcę i w sumie nie muszę. Niech się zapluwają, niech się pieklą. Ich sprawa. 

Łaziłam na wiele spotkań, imprez, wykładów. Kulturalnie odżyłam po prostu. I czuję się dobrze. Nie mam jeszcze dobrych ziomków, ale też nie mam ciśnień. Cieszę się z tego, że mogę coś odkryć dla siebie. Inaczej działam niż w Poznaniu. Robię o wiele więcej, bo czas spędzony w miłym towarzystwie ludzi mi nie przepływa przez palce, gydż się rzadko z kimś spotykam. Ma to swój urok. Zresztą trudno mi też sobie wyobrazić poszerzoną listę przyjaciół. Wydaje mi się zamknięta. Nie chcę nikogo więcej. Nie przeszkadza mi też, że nie są codziennością. No może w momentach, gdy się z nimi spotykam i później ciężko mi jest od nich wyjechać. 

Chyba się postarzałam. 

Albo Trójmiasto takie jest, że daje mi wszystko, czego potrzebuję i czuję się szczęśliwa. Nie zawsze oczywiście, ale bywam. Częściej niż wcześniej. 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Przygoda trwa.

Niedługo stuknie rok mieszkania w Trójmieście. W Gdyni, żeby być precyzyjnym. Kwadrans od morza. Wystarczy zbiec i można napawać się ogromem tej bestii. Każdego dnia przybiera inne oblicze. Czasami udaje jezioro. Czasami gryzie falami wiatr. Ludzie na rolkach jeżdżą, morsy wchodzą do wody a wokół tworzy się tłumek ciekawskich. I czasem ktoś zdjęcie pstryknie. Wciąż wieje. Albo pada i wieje. Wiosna rozwija się później w pąkach i liściach. Śnieg pada mocniej. Hardziej. W góry daleko, cały dzień się jedzie, objadając paluszkami i marząc o podróżach portalami magicznymi. Chociaż wtedy czym by było podróżowanie? 

Okoliczne lasy też mają górski posmak. Nie trzeba wcale zapuszczać się na południe. 

Co rusz wpisuję w telefon notatkę, za chwilę o niej zapominając: nie jadę nigdy polskim busem. I nie chodzi o firmę, ale o autobus w ogóle. Bo lędźwie ugniecione, zapach jedzonych kabanosów i jajek przesiąka bawełniane przestrzenie mojego ubrania a włosy wgniatają się w twarz. Nie mogę spać, śnią mi się koszmary. Poznań jest jednak za daleko położony i niekoniecznie chce mi się tak często tam jeździć. Chociaż lubię być gościem Poznania. Od razu odbieram go ze smakiem, zajadam ten przepyszny zakalec. Myślę: to dobre miasto. I tak też sprzedaję je wszem i wobec. Nie wstydzę się pochodzenia. Wielkopolska to akuratne miejsce na chów dziecka. Gratuluję tego moim rodzicom, myśląc o działdowskiej jagodziance, która była fioletowa od jagód.   

Przez kilkanaście miesięcy jeździłam na rowerze do pracy w Gdańsku (aż zmieniłam na taką w podobnym klimacie w Gdyni). W sumie trzydzieści kilometrów dziennie. Niezależnie od pogody. Nie raz jak zmokły pies. Wciąż głodna, zjadałam po dwa obiady dziennie. Wciąż zagoniona. Nie miałam czasu na nic, poszukując nowych wyzwań, żeby wgryźć się w to miejsce. Poznać ludzi, poczuć się tu u siebie. Z miejsca na miejsce, wywieszony ozór i wyobrażanie sobie, że zaraz odpocznę, legnę na kanapie z nogami pod niebo. 

I co?

Czuję się turystą. Jakbym tu przyjechała na staż. Jakbym miała zaraz jechać dalej. Poznaję ludzi. Poznaję miejsca. Jest pięknie. Ale na walizkach, w poczuciu oczekiwania na kolejny pociąg.

Nie stoję, lecz jeżdżę.

I w tym wszystkim zapomniałam o tym, żeby to opisywać. Ten etap poznawania, zagryzania się w teren, pogłębiania wiedzy o nim, poszukiwań lokalnych, ciekawych odkryć, które dla kogoś innego są po prostu, naddane w trakcie narodzin, wychlane z mlekiem matki. 

Nie nadrobię tego, rok w plecy. Na pewno przypomnę sobie parę podróży, które odbyłam, opowiem o przygodach z bieganiem, jeżdżeniem po trójmiejskich ścieżkach. Ale to znów będzie na skróty, po łebkach. 

Żółtodziobem jestem w pisaniu, tego też trzeba się uczyć. 

Ale idealny czas nadchodzi by to nadrobić, gdyż zapisałam się na szkolenie kajakowe, mając nadzieję, że czegoś więcej się nauczę i będę bezpieczniejsza na wodzie. Poza tym jaram się na samą myśl o poznawaniu nowych rzek. W maju spływy! 

Blogasku, wracam do pieszczenia Ciebie słowem. 

niedziela, 4 maja 2014

Kajakiem oraz pieszo przez rzeki i lasy.

To podniecające: pisać z innego miasta. Z Gdyni. Póki co czuję się wakacyjnie. Wczoraj rowerem pozwiedzałam całe Trójmiasto oraz okoliczne lasy i jestem mocno podekscytowana tymi terenami do odkrywania. Jedyne, co może mnie martwić, to nieustanny wiatr. Mam nadzieję, że z jego powodu nie popadnę w melancholijną nutę. Nadmorskie spacery też mogą wprowadzać pewne wątki nostalgiczne do moich myśli. Zwłaszcza wyprawy na klif, z którego widok jest tak olśniewający, iż myślę sobie: cieszę się, że jestem z Polski. Ale koniec z tymi słodkościami. Landrynkowy tekst to nie jest tekst prawdziwy. Chyba?

Tuż przed przeprowadzką był okres intensywnych pożegnań, co jednak nie przeszkadzało mi w tym, żeby wsiąść w pociąg i wyruszyć na rajd pieszo-kajakowy w okolice Kalisza Pomorskiego a dokładnie do Białego Zdroju Południowego. 



Stacja ukryta była w lesie. Można powiedzieć, że totalne zadupie. Zasięg telefonu był marny, komórka ledwo cokolwiek łapała. Rozmawiałam chwilę z Doris, która z Julkiem i pieskiem też przybywali na wyprawę, i przekrzykiwałyśmy się zdaniami: nic nie słyszę. Tu jednak umówiliśmy się z Mamutem, z którym tworzyłam drużynę rajdową, na piątkowe spotkanie przed imprezą. Wyszłam z pociągu i zaczepił mnie starszy mężczyzna w kapeluszu kowboja. Był oparty o swój samochód i wyglądał jak unowocześniony szeryf z Teksasu. A Ty do kogo przyjechałaś? Ja? Ja się tu umówiłam z kolegą. Tutaj? W Biały Zdroju Południowym? To pytanie niemalże wyryczał, jakby chciał zwymiotować nazwę tej miejscowości. No tak, musiał być to dla niego dość dziwny obrazek. 

Mamut jednak przyjechał, ale kowboj chyba tego faktu już nie zdążył zarejestrować, gdyż odjechał gdzieś w siną dal. Może pilnować porządku publicznego? 

Do świetlicy wioskowej, w której niestety spaliśmy (twardo i całonocne chrapanie) mieliśmy kwadrans z buta. Po drodze kupiliśmy u wiejskiej baby lody i poczułam się naprawdę swojsko. Zresztą zaraz przyjechała ekipa toruńska i do późnego wieczoru (do momentu, gdy zrobiło się zbyt zimno i zbyt śpiąco) leżeliśmy/siedzieliśmy na trawie, gawędziliśmy i bawiliśmy się z psem.




W sobotę rano musieliśmy wstać dość wcześnie i wyruszyć podstawionym autobusem do biura zawodów, które miało swoje miejsce w Kaliszu Pomorskim. Tam też przebraliśmy się w swoje stroje, jako że impreza tematycznie odwoływała się do kultury japońskiej i stroje bądź elementy stroju związane z tym krajem były niezbędne do zarejestrowania uczestnika rajdu. Mieliśmy z tym sporo zabawy. Ja oczywiście poszłam na łatwiznę i na dworcu w Poznaniu weszłam do Rossmana, licząc na to, że będą tam plastry Hello Kitty. Nie myliłam się, takie rzeczy wciąż są w modzie. Natomiast Mamut przygotował się konkretnie i dzięki temu wyglądaliśmy zajebiście profesjonalnie.



Oczywiście na kajakach nie mieliśmy już obandażowanych dłoni, gdyż wszystkie palce przydały się nam do wiosłowania. Trasa rzeki była piękna, ale dość prosta, więc udało nam się wyprzedzić prawie wszystkich, którzy byli zwodowani przed nami. Nie było zbyt wiele zwalonych drzew, więc mieliśmy czas, żeby porozmawiać na tematy wagi ciężkiej, takie postwielkanocne przemyślenia. 


Podczas płynięcia mieliśmy do odhaczenia dwa punkty. Były zdecydowanie prostsze niż te położone na etapie pieszym (z tego, co pamiętam siedem punktów oraz miejsce przystankowe, w którym można było zatrzymać czas i posilić się przed dalszą trasą). I o ile bardziej mi się podobało siedzenie w kajaku (sezon uważam za rozpoczęty) i odczuwałam cały dzień niedosyt, że tylko dwie godziny płynięcia, o tyle punkty leśne, do których trzeba było doczłapać, były ciekawsze przez to, że każde dodatkowo wiązało się z zadaniem do wypełnienia. 


Każdy punkt był także w pewnym stopniu powiązany z Japonią. Na jednym trzeba było wymyślić haiku, na innym walczyć mieczem samurajskim, czy ułożyć origami. Można też było napić się sake, czego ja akurat się nie podjęłam, bo jakoś na samą myśl mną wzdrygało. 

Szło nam się dobrze, szybko i w pięknych okolicznościach przyrody. Fajnie jest poszwendać się po zupełnie obcych terenach, na które w innym przypadku, raczej by się nie trafiło. Dostaliśmy mapkę i według niej przemierzaliśmy lasy oraz pola.


Widzieliśmy, że inni ludzie mają straszne napięcie w sobie, żeby dotrzeć na metę jako pierwsi. My bawiliśmy się piknikowo. Trochę się pogubiliśmy, w pewnym momencie musieliśmy założyć obuwie kajakowe by przedrzeć się przez bagna a na sam koniec rajdu walnęło w nas dodatkowo deszczem. Zmokło mi prawie wszystko i musiałam chodzić później w śpiworze, bo trochę zmarzłam. Organizatorzy na szczęście zadbali o ciepły posiłek na mecie i najadłam się do syta zupą miso (zrobili dwie wersje: z mięsem oraz bez), dopychając przy ognisku pysznym czekoladowym ciastem. 

Doris pożyczyła mi długie spodnie i z chłopakami usiadłyśmy przy ognisku, patrząc na ogień, gawędząc oraz pijąc piwo. To naprawdę przyjemne, gdy Szczecin, Poznań oraz Toruń może spotkać się w jednym miejscu i wspólnie przeżyć ciekawą przygodę. 

W niedzielę rano szybko się spakowałam i poszłam na pociąg do Poznania. Miałam na sobie krótkie spodenki, ale w pociągu już owijałam się w śpiwór. Trochę przysypiałam i nawet nie miałam siły dokończyć czytania w gazecie tekstu o Różewiczu, bo tak kleiły mi się oczy. Na wpół majacząc, czytałam jego wiersze i mieszały mi się z przeżyciami dnia wczorajszego.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Końcówka.

Obiecałam sobie, że na tym blogu nie będę tłumaczyć się ze swoich nieobecności, ale za bardzo zaniedbałam to miejsce, żeby pozostawić cały ten czas bezczynności bez komentarza. Zastój spowodowany był niechęcią do rejestrowania swoich ruchów, zwłaszcza że było ich zbyt dużo i raczej miały charakter nerwowy. Po prostu wciąż wsiadałam do pociągu, do autobusu, wciąż jeździłam tam i siam i właściwie miałam wrażenie, że nic innego w moim życiu się nie dzieje poza docieraniem, wiecznym docieraniem do jakiegoś punktu.
 
Myślę sobie teraz, że nadchodzi zupełnie inny czas i warto jednak dbać o ideę, która powstała w dobrej wierze, z założeniem lekko sentymentalnym. Rejestrowanie podróży, myśli i pragnień z nimi związanych oraz obserwowanie zmian dotyczących: oczekiwań, podejścia, rozwoju.
 
Niedługo nastąpi koniec mojej przygody z Poznaniem, miastem najważniejszym,ale chwilowo niechcianym i obrzydłym (czuję się jakbym stała w martwym punkcie). Od ponad roku marzy mi się, żeby przeprowadzić się gdzieś indziej, po prostu spakować się i wyjechać.
 
Przeprowadzam się w maju do Trójmiasta, które, mimo że trochę już mi znane, chcę odkryć od podszewki. Głód odkrywania będzie się pewnie zwiększał i będę szalała w całym województwie pomorskim.
 
Wyprowadzka nie spowoduje jednak, że Poznań zostanie wymazany z mapy moich miejsc na Ziemi. Mam tu swoich bliskich, swoje dobre duchy. Zmiana miejsca nie jest dla mnie tożsama z ukróceniem tych kontaktów. Przyjaźnię się z ludźmi z różnych miast i wiem, że jeżeli coś jest mocne to przetrwa.
 
Jutro jadę do Kalisza Pomorskiego na rajd i myślę, że to będzie przygoda warta opisania :)
 
Czuwaj!

piątek, 17 stycznia 2014

Montmartre.

Gdy przylecieliśmy do Francji 1 stycznia, dzień już prawie cały się wyczerpał z godzin. Po długiej drodze z lotniska (autobus do Paryża, metro na Montmartre) dotarliśmy w końcu do hostelu, ale tylko po to by zostawić rzeczy. Głód pognał nas w stronę poszukiwań jedzenia. 1 stycznia nie sprzyjał głodomorom. Na pewno nie w części Paryża, w której wylądowaliśmy. Nie patrzyliśmy na mapę, ruszyliśmy przed siebie i z każdym kolejnym krokiem ulice stawały się coraz bardziej ciemne, złowrogie i opustoszałe. Gdzieś w tych ciemnościach tliło się światło małej piekarni, gdzie kupilismy dwie świeże bagietki. Wgryzłam się w ten francuski symbol i aż z radości wyrósł mi na głowie beret a pod nosem zakręcony wąsik. Pognaliśmy na metro, żeby dostać się do ścisłego centrum. Wysiadliśmy na stacji Châtelet i pogubiliśmy się w tysiącach korytarzy tego podziemnego miasta, w którym jest wszystko i spotkać można każdego. My akurat trafiliśmy na orkiestrę z dyrygentem. Nie przystanęliśmy, gnała nas gorączka, silna chęć wydostania się na powierzchnię i dotarcia do miejsc, które powiedzą nam: tak, na pewno jesteście w Paryżu.
 
W okolicy mnóstwo kabaretów i miejsc tętniących seksem. Na ławce przy placu Pigalle spał mężczyzna, któremu obsunęły się spodnie, odsłaniając wdzięki tyłeczka odzianego w koronkowe stringi.
Na powierzchni padało. Czy raczej siąpiło. Jednym słowem taki najbardziej irytujący deszcz, który nie wie, czego chce. Trochę niby pada, ale nie do końca. Pogoda marudzi, kręci nosem. Kostka bolała, była już poważnie spuchnięta. Trochę ją zignorowałam, gdy po ostatnim bieganiu zaczęła mi wysyłać sygnały, że coś jest nie tak. I tak kolejne cztery, czy nawet pięć dni łażenia po mieście. Szliśmy krokiem żółwim. To pozwalało na dokładną obserwację Paryża. Luwr, wieża Eiffla, Pola Elizejskie, Łuk Trimfalny. Ozdoby świąteczne, lampki, kiermasze przy bulwarze. Można było kupić gorące kasztany (odhaczone), naleśniki/crêpes (odhaczone na śniadanie), zupę cebulową (odhaczona) i tysiąc różnych niepotrzebnych rzeczy. W odróżnieniu od dzielnicy, w której mieszkaliśmy, tu tętniło życie.
 
Późnym wieczorem, gdy powróciliśmy do hostelu, siadłam do przewodników i mapy, żeby jako tako określić plan wycieczki. Mieliśmy zakupione bilety na metro, chociaż w dużej mierze wiedzieliśmy, że będziemy po prostu cały czas chodzić. Nie chcę za bardzo popadać w skrajności, ale mogło tak być, że każdego dnia robiliśmy po dwadzieścia kilometrów. Przy czym, dodatkowo, zużyliśmy około trzydziestu biletów na komunikację miejską (głównie metro, ale też autobusy i tramwaje).
 
Paryż jest gigantyczny. Monumentalny. Można się w nim zgubić, zatracić, odpłynąć. Wielkie ronda, od których odchodzą bulwary jak macki potężnych ośmiornic, powodują wrażenie oddechu. Francuzi nie żałują przestrzeni. Na to wrażenie wpływają też parki, tysiące zielonych punktów miasta. Myślę, że mogłabym tam pojechać na miesiąc, dwa miesiące, czy nawet rok i wciąż byłoby za mało by zobaczyć wszystko to, co chcę. Albo: poczuć się nieoderwalną częścią miasta.


Cmentarz Montmartre jest wkomponowany w miasto - ponad nim dzieje się życie, po moście jeżdżą auta, w blokach mieszkają ludzie. Wystarczy zejść poniżej mostu by wtopić się w spokój śmierci.

 Chcąc, nie chcąc, dzielnicę Montmartre zwiedziliśmy najdokładniej. Mieszkaliśmy tam przez cztery dni. Co prawda warunki nie były zachwycające, ale hostel służył nam tylko do snu, gdyż całe dnie spędzaliśmy na włóczędze. Nasza noclegownia położona była jakieś siedem minut od bazyliki Sacré-Cœur. Dzięki temu zobaczyliśmy ją w różnych odsłonach. Wchodząc na wzgórze w nocy, spotkaliśmy pijanych Hiszpanów. Krzyczeli, że łatwiej jednak jest schodzić. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, jeden z nich, wyjął wódkę i "na zdrowie" chlusnął sobie potężną dawkę.

Zdjęcie zrobione chwilę po spotkaniu pijanych Hiszpanów.
Gdy zobaczyłam Paryż ze wzgórza, cały upstrzony w światłach, zamarzyłam o zjedzeniu na wzgórzu śniadania. Bagietki, ser i świeży sok pomarańczowy to przez kilka dni był nasz standard. W pewnym momencie miałam już dość, ale trudno było uciec od tak taniego zestawu śniadaniowego.
 
 
Ze specjalną dedykacją dla Hani, miłośniczki gargulców/rzygaczy.
Z jedzeniem na zielonej ławce, trochę poniżej bazyliki. Przed nami miasto. Najbliżej widok na schody, które wystąpiły w Amelii. Nawet jest tam karuzela. W sumie w Paryżu tych karuzel pełno. Koniki, balony, samoloty zapełnione dziećmi. Na wzgórzu kręci się mnóstwo turystów, dlatego też biznesy się rozkręcają. Stoiska z pierdołami na każym korku. Malarze potwierdzający "artystyczny" zarys tej dzielnicy. I kolejka dla leniwych, którzy przy wspinaniu dostają zadyszki.
 
 

Przewodnik, który pożyczyłam od koleżanki, prawdziwej fanki Paryża, zaproponował trasę po okolicznych uliczkach. Kompaktowa książeczka potwierdzała w minimalistycznych opisach, że tak, jesteśmy w miejscu silnie artystycznym. Mieszkali tu Chopin, Degas, Renoir, Picasso, Toulouse-Lautrec, Niżyński, van Gogh i wielu innych uznanych i wielkich.
 
Niektórzy zamieszkali w tej dzielnicy po śmierci.
Jednym słowem ach och ech. Swoją drogą, malowniczość tej okolicy mogła: a) wpływać na urodzonych w tym miejscu ludzi i popychać ich w ramiona Sztuki, b) przyciągać osoby wrażliwe i przepełnione potrzebą opowiadania o świecie, pełne "duchowego piękna", które od czasu do czasu muszą też w inny sposób rozładować tkwiące w nich natężenie skrajnych emocji.