piątek, 1 maja 2015

Roczek.

Czuję się dziś wyjątkowo świątecznie i nie ma to nic wspólnego z 1 maja. W zeszłym roku popakowana w pudła, przyjechałam do Gdyni. Po drodze połaziłam po Bydgoszczy, która mnie zaskoczyła tym, że wcale nie jest brzydka. Bulwar nadrzeczny, zielono, czysto. Ludzie ją źle sprzedali, plotki na jej temat na pewno nie były przychylne. Każde miasto ma przecież swoje brzydkie i ładne momenty. 

Świeciło słońce, przystankowy las pachniał świeżo i pięknie. Życie wydawało mi się wyraziste, napisane mocnymi zdaniami. Jak w taniej komedii romantycznej zdałam sobie nagle sprawę,że nie ma nic prostszego niż zmiana miasta, niż wyprowadzka. Oczywiście to tylko pozory, bo żeby tak było, żeby coś było proste, musi mieć dobrze rozbudowany kontekst. W moim przypadku zagrało wiele elementów. Po pierwsze chciałam: zmienić miasto, zmienić pracę. Po drugie: pojawił się odpowiedni chłop, który mnie do tego zmotywował. Po Szczecinie, w którym mieszkałam pół roku, byłam uposażona w wiedzę, że życie w innym mieście jest dobre, gdy a) studiujesz, b) nie masz wielkich wymagań społecznych c) masz w tym mieście już kogoś bliskiego. 

Co prawda mam w Trójmieście rodzinę, no i M.,ale to mi jednak nie wystarczyło. Nie chciałam skupiać się na jednym środowisku. A co jeżeli się rozstaniemy? Lepiej mieć swój świat, dobre dusze blisko. Mogłabym wrócić do Poznania, ale nie chcę. Poznań jest dla mnie zamkniętym rozdziałem i traktuję go jedynie sentymentalnie jako piękne miejsce do powracania. Gdy spakowałam pudła, pomyślałam, że teraz chcę moje życie budować gdzieś indziej. Także po pewnym czasie pomieszkiwania w Gdyni (bardzo długo czułam się jak turystka, która wpadła na chwilę nad morze) zaczęłam się rozglądać za ludźmi poza pracą. 

Ludzie od kettli. Okej, przyjemna odskocznia, ale nie umiałam się wkręcić w to towarzystwo. Popocić się z nimi mogłam, ale nie weszłam w bliższe kontakty. Może gdybym potrafiła sie określić jako fanatyczka crossfitu i stwierdzić, że tak chcę i robię z nimi na okrągło sport, jestem częścią drużyny. Może wtedy by to zagrało? 

Dyskusyjny klub książki. Późna emerytura, raz w miesiącu. Potrzeba czasu na miłość. 

Forum wegetarian, na którym owtorzyła się grupa, która chce się spotykać na obiady. Pierwsze koty za płoty. Za wcześnie by cokolwiek powiedzieć. Może jeszcze się z nimi zaziomkuję. 

W międzyczasie zmiana pracy spowodowała, że ludzie z byłego miejsca, w którym ryrałam, stali się automatycznie dla mnie ludźmi spoza pracy i zakumplowałam się bliżej z jedną osobą. Nastąpiło więc pierwsze zachlanie mordy w Trójmieście. Takie na poważnie, takie w babskim stylu, z włóczęgą i pijanym powrotem do domu, że następnego dnia wcale nie chciałam się obudzić i przeklinałam swoją głupotę. M.był poza domem. Wstałam z łóżka w kompletnie pustym domu, spojrzałam przez okno na istnie górski krajobraz (roztaczające się lasy i Witomino) i poczułam się człowiekiem z Trójmiasta.

Nie z Gdyni. Nie dzielę tego tworu na mniejsze żyjątka. Cieszę się z ich wspólnoty, chociaż ludzie stąd mają różne podejście. Niektórzy są bardzo skrajni i zapierają się, że w życiu do Gdyni/Gdańska nie pojadą (Sopot jest bardziej młodszym bratem Gdańska niż Gdyni). Kompletnie tego nie rozumiem, ale nie chcę i w sumie nie muszę. Niech się zapluwają, niech się pieklą. Ich sprawa. 

Łaziłam na wiele spotkań, imprez, wykładów. Kulturalnie odżyłam po prostu. I czuję się dobrze. Nie mam jeszcze dobrych ziomków, ale też nie mam ciśnień. Cieszę się z tego, że mogę coś odkryć dla siebie. Inaczej działam niż w Poznaniu. Robię o wiele więcej, bo czas spędzony w miłym towarzystwie ludzi mi nie przepływa przez palce, gydż się rzadko z kimś spotykam. Ma to swój urok. Zresztą trudno mi też sobie wyobrazić poszerzoną listę przyjaciół. Wydaje mi się zamknięta. Nie chcę nikogo więcej. Nie przeszkadza mi też, że nie są codziennością. No może w momentach, gdy się z nimi spotykam i później ciężko mi jest od nich wyjechać. 

Chyba się postarzałam. 

Albo Trójmiasto takie jest, że daje mi wszystko, czego potrzebuję i czuję się szczęśliwa. Nie zawsze oczywiście, ale bywam. Częściej niż wcześniej. 

1 komentarz:

  1. po dłuższej przerwie zajrzałam tu i w sumie pozytywny wpis, ale mnie smuci. wiesz, ten subiektywizm.

    OdpowiedzUsuń