Gdy przylecieliśmy do Francji 1 stycznia, dzień już prawie cały się wyczerpał z godzin. Po długiej drodze z lotniska (autobus do Paryża, metro na Montmartre) dotarliśmy w końcu do hostelu, ale tylko po to by zostawić rzeczy. Głód pognał nas w stronę poszukiwań jedzenia. 1 stycznia nie sprzyjał głodomorom. Na pewno nie w części Paryża, w której wylądowaliśmy. Nie patrzyliśmy na mapę, ruszyliśmy przed siebie i z każdym kolejnym krokiem ulice stawały się coraz bardziej ciemne, złowrogie i opustoszałe. Gdzieś w tych ciemnościach tliło się światło małej piekarni, gdzie kupilismy dwie świeże bagietki. Wgryzłam się w ten francuski symbol i aż z radości wyrósł mi na głowie beret a pod nosem zakręcony wąsik. Pognaliśmy na metro, żeby dostać się do ścisłego centrum. Wysiadliśmy na stacji Châtelet i pogubiliśmy się w tysiącach korytarzy tego podziemnego miasta, w którym jest wszystko i spotkać można każdego. My akurat trafiliśmy na orkiestrę z dyrygentem. Nie przystanęliśmy, gnała nas gorączka, silna chęć wydostania się na powierzchnię i dotarcia do miejsc, które powiedzą nam: tak, na pewno jesteście w Paryżu.
| W okolicy mnóstwo kabaretów i miejsc tętniących seksem. Na ławce przy placu Pigalle spał mężczyzna, któremu obsunęły się spodnie, odsłaniając wdzięki tyłeczka odzianego w koronkowe stringi. |
Na powierzchni padało. Czy raczej siąpiło. Jednym słowem taki najbardziej irytujący deszcz, który nie wie, czego chce. Trochę niby pada, ale nie do końca. Pogoda marudzi, kręci nosem. Kostka bolała, była już poważnie spuchnięta. Trochę ją zignorowałam, gdy po ostatnim bieganiu zaczęła mi wysyłać sygnały, że coś jest nie tak. I tak kolejne cztery, czy nawet pięć dni łażenia po mieście. Szliśmy krokiem żółwim. To pozwalało na dokładną obserwację Paryża. Luwr, wieża Eiffla, Pola Elizejskie, Łuk Trimfalny. Ozdoby świąteczne, lampki, kiermasze przy bulwarze. Można było kupić gorące kasztany (odhaczone), naleśniki/crêpes (odhaczone na śniadanie), zupę cebulową (odhaczona) i tysiąc różnych niepotrzebnych rzeczy. W odróżnieniu od dzielnicy, w której mieszkaliśmy, tu tętniło życie.
Późnym wieczorem, gdy powróciliśmy do hostelu, siadłam do przewodników i mapy, żeby jako tako określić plan wycieczki. Mieliśmy zakupione bilety na metro, chociaż w dużej mierze wiedzieliśmy, że będziemy po prostu cały czas chodzić. Nie chcę za bardzo popadać w skrajności, ale mogło tak być, że każdego dnia robiliśmy po dwadzieścia kilometrów. Przy czym, dodatkowo, zużyliśmy około trzydziestu biletów na komunikację miejską (głównie metro, ale też autobusy i tramwaje).
Paryż jest gigantyczny. Monumentalny. Można się w nim zgubić, zatracić, odpłynąć. Wielkie ronda, od których odchodzą bulwary jak macki potężnych ośmiornic, powodują wrażenie oddechu. Francuzi nie żałują przestrzeni. Na to wrażenie wpływają też parki, tysiące zielonych punktów miasta. Myślę, że mogłabym tam pojechać na miesiąc, dwa miesiące, czy nawet rok i wciąż byłoby za mało by zobaczyć wszystko to, co chcę. Albo: poczuć się nieoderwalną częścią miasta.
| Cmentarz Montmartre jest wkomponowany w miasto - ponad nim dzieje się życie, po moście jeżdżą auta, w blokach mieszkają ludzie. Wystarczy zejść poniżej mostu by wtopić się w spokój śmierci. |
Chcąc, nie chcąc, dzielnicę Montmartre zwiedziliśmy najdokładniej. Mieszkaliśmy tam przez cztery dni. Co prawda warunki nie były zachwycające, ale hostel służył nam tylko do snu, gdyż całe dnie spędzaliśmy na włóczędze. Nasza noclegownia położona była jakieś siedem minut od bazyliki Sacré-Cœur. Dzięki temu zobaczyliśmy ją w różnych odsłonach. Wchodząc na wzgórze w nocy, spotkaliśmy pijanych Hiszpanów. Krzyczeli, że łatwiej jednak jest schodzić. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, jeden z nich, wyjął wódkę i "na zdrowie" chlusnął sobie potężną dawkę.
| Zdjęcie zrobione chwilę po spotkaniu pijanych Hiszpanów. |
| Ze specjalną dedykacją dla Hani, miłośniczki gargulców/rzygaczy. |
Z jedzeniem na zielonej ławce, trochę poniżej bazyliki. Przed nami miasto. Najbliżej widok na schody, które wystąpiły w Amelii. Nawet jest tam karuzela. W sumie w Paryżu tych karuzel pełno. Koniki, balony, samoloty zapełnione dziećmi. Na wzgórzu kręci się mnóstwo turystów, dlatego też biznesy się rozkręcają. Stoiska z pierdołami na każym korku. Malarze potwierdzający "artystyczny" zarys tej dzielnicy. I kolejka dla leniwych, którzy przy wspinaniu dostają zadyszki.
Przewodnik, który pożyczyłam od koleżanki, prawdziwej fanki Paryża, zaproponował trasę po okolicznych uliczkach. Kompaktowa książeczka potwierdzała w minimalistycznych opisach, że tak, jesteśmy w miejscu silnie artystycznym. Mieszkali tu Chopin, Degas, Renoir, Picasso, Toulouse-Lautrec, Niżyński, van Gogh i wielu innych uznanych i wielkich.
| Niektórzy zamieszkali w tej dzielnicy po śmierci. |
Jednym słowem ach och ech. Swoją drogą, malowniczość tej okolicy mogła: a) wpływać na urodzonych w tym miejscu ludzi i popychać ich w ramiona Sztuki, b) przyciągać osoby wrażliwe i przepełnione potrzebą opowiadania o świecie, pełne "duchowego piękna", które od czasu do czasu muszą też w inny sposób rozładować tkwiące w nich natężenie skrajnych emocji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz