środa, 20 maja 2015

Sen, kajak, sen.

Wyspanie się jednak ma swoje zalety! Od paru tygodni jedynie o tym marzyłam, ale podstawowe pytanie kiedy to zrobić, gdy plany są tak rozbudowane? tak głośno huczało, że dodatkowo nie pozwalało na sen. W końcu udało się spełnić to błahe marzenie kosztem spóźnień do pracy. Ale nic to, nadrobiłam i od razu świat wydaje mi się milszy. Nie mam w głowie wiecznego dramatu, nie straszę ludzi skwaszoną miną. 

Chociaż i tak wydaje mi się, że inni postrzegają u mnie skwaszenie, zmęczenie, zły nastrój jako zobojętnienie. Tak właśnie było na ostatnim spływie. Przeżywałam kryzys, bo było strasznie zimno i głód powoli kładł mnie na łopatki. Staliśmy w cofce, czekając aż ludzie przed nami poradzą sobie ze zwałką, i jeden z członków kadry powiedział do mnie: "wyglądasz Majka tak jakbyś miała wyjebane". Nie miałam, rzeka mi się ewidentnie podobała. Zwłaszcza ten fragment. Łupawa nie należy do rzek przychylnych, pluszowych, które głaszczą nas spokojnym nurtem i szerokimi możliwościami płynięcia. Jest ciasno, płytko, wartko, ciut górsko. Są kamienie, zwalone drzewa, zakręty. Nie ma mowy o nudzie. Jednak stałam tam i czułam ogromne zmęczenie. Bo chłód i jeść się chciało. Potem, gdy na ceratę wjechały kanapki a nam pozwolono jeść w czapkach (główna zasada spożywania posiłków: jeżeli jesz w czapce, zmywasz gary) i przebrałam mokre ciuchy, to od razu poczułam ulgę. I mogłam płynąć dalej, dalej, jak najdalej. Tylko że spływ się skonczył po pięciu kilometrach. 

Cieszę się, że zapisałam się na to szkolenie kajakowe. Miałam pewne opory i zresztą wciąż mam jakieś ograniczenia w sobie. Wstydzę się, nie umiem poczuć się swobodnie w grupie. Czuję, że nawet, gdy wcześniej pływałam, to nic o tym pływaniu nie wiem i wszystkiego uczę się na nowo. Właśnie dlatego, że nie ma komfortu, myślę, że to będzie wartościowe dla mnie. Poczułam większy respekt do wody. Wcześniej byłam takim nieopierzonym młokosem, któremu się wydawało, że wie już wszystko.

Nie wiem nic. I teraz kadra, świetni ludzie, których od razu polubiłam, pokazuje co i jak. Staram się ćwiczyć, nie wszystko mi wychodzi. Najgorszy jest tzw. "przechył", którego zupełnie nie ogarniam swoim ciałem. Teoretycznie wiem, co powinnam zrobić. Praca biodrami, odpowiednie ustawienia kolan (i nacisk na boki łódki), ale tułów mi się rwie do przodu (a powinnien być stabilny). Potrzebne to jest przy silnym prądzie, przy promowaniu z jednego brzegu do drugiego (dupą do nurtu!). Czasami mi wychodzi, ale te momenty są tak nieuchwytne dla mnie, że nie potrafię tego wydłużyć i przytrzymać. Nie mówiąc o powtórce z rozrywki. 

Gdy poczuję się pewniej na wodzie, zacznę się bawić. Teraz tak nieśmiało kręcę bączki i wchodzę z impetem w cofkę. A później będę wyszukiwać tych przeszkód, zamiast je omijać szerokim łukiem. Będę na nie z miłością się pchała. 

Podziwiam tych z doświadczeniem. Widzę jakie to dla nich naturalne. Płyną tyłem, nie bojąc się, że na coś wpadną. Nie ma w nich spięcia. Ciało słucha ich komend, za czym idą od razu odpowiednie zachowania łódki. Szacunek! 

A następna rzeka to Słupia. Bardzo ją lubię, więc już się cieszę na ten weekend. Muszę tylko wziąć ze sobą dużo batonów. By nie myśleć o przystanku, ale skupić się na ćwiczeniach w kajaku. Wiem, że się nie wyśpię, bo przy ognisku trzeba siedzieć do oporu (jeżeli odejdę, na pewno stanie się coś fajnego!), ale od tego mam poniedziałek i wtorek by spóźnić się do pracy i trochę dłużej pokokosić w łóżku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz