czwartek, 16 kwietnia 2015

Przygoda trwa.

Niedługo stuknie rok mieszkania w Trójmieście. W Gdyni, żeby być precyzyjnym. Kwadrans od morza. Wystarczy zbiec i można napawać się ogromem tej bestii. Każdego dnia przybiera inne oblicze. Czasami udaje jezioro. Czasami gryzie falami wiatr. Ludzie na rolkach jeżdżą, morsy wchodzą do wody a wokół tworzy się tłumek ciekawskich. I czasem ktoś zdjęcie pstryknie. Wciąż wieje. Albo pada i wieje. Wiosna rozwija się później w pąkach i liściach. Śnieg pada mocniej. Hardziej. W góry daleko, cały dzień się jedzie, objadając paluszkami i marząc o podróżach portalami magicznymi. Chociaż wtedy czym by było podróżowanie? 

Okoliczne lasy też mają górski posmak. Nie trzeba wcale zapuszczać się na południe. 

Co rusz wpisuję w telefon notatkę, za chwilę o niej zapominając: nie jadę nigdy polskim busem. I nie chodzi o firmę, ale o autobus w ogóle. Bo lędźwie ugniecione, zapach jedzonych kabanosów i jajek przesiąka bawełniane przestrzenie mojego ubrania a włosy wgniatają się w twarz. Nie mogę spać, śnią mi się koszmary. Poznań jest jednak za daleko położony i niekoniecznie chce mi się tak często tam jeździć. Chociaż lubię być gościem Poznania. Od razu odbieram go ze smakiem, zajadam ten przepyszny zakalec. Myślę: to dobre miasto. I tak też sprzedaję je wszem i wobec. Nie wstydzę się pochodzenia. Wielkopolska to akuratne miejsce na chów dziecka. Gratuluję tego moim rodzicom, myśląc o działdowskiej jagodziance, która była fioletowa od jagód.   

Przez kilkanaście miesięcy jeździłam na rowerze do pracy w Gdańsku (aż zmieniłam na taką w podobnym klimacie w Gdyni). W sumie trzydzieści kilometrów dziennie. Niezależnie od pogody. Nie raz jak zmokły pies. Wciąż głodna, zjadałam po dwa obiady dziennie. Wciąż zagoniona. Nie miałam czasu na nic, poszukując nowych wyzwań, żeby wgryźć się w to miejsce. Poznać ludzi, poczuć się tu u siebie. Z miejsca na miejsce, wywieszony ozór i wyobrażanie sobie, że zaraz odpocznę, legnę na kanapie z nogami pod niebo. 

I co?

Czuję się turystą. Jakbym tu przyjechała na staż. Jakbym miała zaraz jechać dalej. Poznaję ludzi. Poznaję miejsca. Jest pięknie. Ale na walizkach, w poczuciu oczekiwania na kolejny pociąg.

Nie stoję, lecz jeżdżę.

I w tym wszystkim zapomniałam o tym, żeby to opisywać. Ten etap poznawania, zagryzania się w teren, pogłębiania wiedzy o nim, poszukiwań lokalnych, ciekawych odkryć, które dla kogoś innego są po prostu, naddane w trakcie narodzin, wychlane z mlekiem matki. 

Nie nadrobię tego, rok w plecy. Na pewno przypomnę sobie parę podróży, które odbyłam, opowiem o przygodach z bieganiem, jeżdżeniem po trójmiejskich ścieżkach. Ale to znów będzie na skróty, po łebkach. 

Żółtodziobem jestem w pisaniu, tego też trzeba się uczyć. 

Ale idealny czas nadchodzi by to nadrobić, gdyż zapisałam się na szkolenie kajakowe, mając nadzieję, że czegoś więcej się nauczę i będę bezpieczniejsza na wodzie. Poza tym jaram się na samą myśl o poznawaniu nowych rzek. W maju spływy! 

Blogasku, wracam do pieszczenia Ciebie słowem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz