wtorek, 5 maja 2015

Wstęp do zamków.

Majówka była dla mnie świętem lenistwa. Głównie syciłam się pięknym widokiem przez okno i tym, że nic nie muszę a jak to się ostatnio mówi o różnych czynnościach: serial Mad Man sam się przecież nie obejrzy. No może w sobotę potrzebowałam wyjść "się wybiegać" i wsiadłam na rower, co mi przypomniało o słowach kolegi z Tczewa, który żegnał mnie w poznańskiej pracy: w Trójmieście zawsze wieje. Może nie zawsze, ale bardzo bardzo często. Tym razem wiało tak chaotycznie, że niezależnie od tego, w którą stronę jechałam, wiało po prostu we mnie. W połowie drogi, czyli gdzieś na 20 km, żałowałam, że w ogóle wyszłam,ale po powrocie wypiłam owocowy koktajl i od razu zrobiło mi się przyjemniej. W niedzielę natomiast dosiadłam konia. Bazyla. M. podpowiedział mi coś bardzo oczywistego: uwielbiasz konie, nigdy nie jest za późno, żeby się nauczyć na nich jeździć. Prawda, a jeżeli mi nie wyjdzie, to mam czas, żeby z nimi obcować. Bazyl jest fajnym koniem, średniej wysokości, jasny brąz, cudowne oczy.

Poza tym zero ruchu. Kanapa i rozmyślanie nad ostatnim rokiem w Gdyni. Nad możliwościami odkrywania pomorskiego (bardzo dobrze wspominam bieganie po półwyspie helskim oraz półmaraton nadwiślański w Tczewie) i tego, że chętnie powracam do Wielkopolski i zupełnie inaczej wyglądają te moje po niej podróże (z lekkim posmakiem sentymentu).

Po dwóch miesiącach mieszkania w małym domku, wciśniętym pomiędzy dwa wielkie klocki, z dużą działką, pełną trawy (pierwszy raz w życiu kosiłam! niestety, było to widoczne, bo zamiast gładkości, jakieś irokezy i farfocle), przeprowadziliśmy się w okolice Kępy Redłowskiej. Domek miał swoje uroki, ale, jak to często bywa w Trójmieście, właścicielka na czas tzw. sezonu, wynajmowała go turystom. Potrzebowaliśmy czegoś na stałe (nie na wieczność, bo za jakiś czas pewnie będziemy się chcieli gdzieś przenieść). Teraz jest blok, zapachy cudzych obiadów i niestety fajek (a niektórzy jarają jak smoki), wysokie schody w piwnicy (po kilku miesiącach oswoiłam ją w sobie, z początku po rower schodziłam z dygoczącym sercem), a w okolicy kręcą się dziki. Coraz więcej dzików. Podjadają, tuczą się, rozmnażają. Setki nowych prosiaczków wesoło sobie biega po mieście. I wszyscy je traktują z respektem, bo zawsze jest w sąsiedztwie locha.

Od pół roku w życie jest wprowadzany projekt "zamki krzyżackie". Nie chodzi tylko i wyłącznie o te, które są restaurowane, odświeżane i otwarte do zwiedzania, ale też wszelkie pozostałości. Ślady. Ruiny. Informacje, że kiedyś tu, na tej ziemi, coś było. Podzieliliśmy sobie ten temat na parę wyjazdów i jeszcze nie udało się nam go zamknąć. Trudno jest znaleźć czas. M. rozpisał wszystkie weekendy na kartce, zaznaczył jego czynności, moje czynności a potem wyodrębnił te wspólne, podczas których możemy zrealizować całość (w maju będzie trudno, bo ja mam spływy kajakowe). Problem leży też w tym, że czasem jakaś informacja o "śladzie" wyskakuje po podróży. Okazuje się, że te tereny, które właśnie odwiedziliśmy, zawierają w sobie więcej punktów niż byliśmy tego świadomi. I trzeba będzie do nich powrócić. To nic. Uważam, że zamki powinniśmy odwiedzić parę razy, żeby w ogóle móc powiedzieć: tak, byliśmy tam. Trudno jest zgłębić całość za jednym razem. Nie mówiąc o zamku w Malborku, do którego trzeba wracać nieustannie.

Do tej pory: Bytów, Lębork, Gniew, Lidzbark Warmiński, Ryn, Reszel, Nowe, Kętrzyn, Kwidzyn, Grudziądz, Dzierzgoń, Sztum, Malbork... Trochę pokiełbasiłam, ale do każdej wyprawy wrócę, żeby ją opisać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz