To podniecające: pisać z innego miasta. Z Gdyni. Póki co czuję się wakacyjnie. Wczoraj rowerem pozwiedzałam całe Trójmiasto oraz okoliczne lasy i jestem mocno podekscytowana tymi terenami do odkrywania. Jedyne, co może mnie martwić, to nieustanny wiatr. Mam nadzieję, że z jego powodu nie popadnę w melancholijną nutę. Nadmorskie spacery też mogą wprowadzać pewne wątki nostalgiczne do moich myśli. Zwłaszcza wyprawy na klif, z którego widok jest tak olśniewający, iż myślę sobie: cieszę się, że jestem z Polski. Ale koniec z tymi słodkościami. Landrynkowy tekst to nie jest tekst prawdziwy. Chyba?
Tuż przed przeprowadzką był okres intensywnych pożegnań, co jednak nie przeszkadzało mi w tym, żeby wsiąść w pociąg i wyruszyć na rajd pieszo-kajakowy w okolice Kalisza Pomorskiego a dokładnie do Białego Zdroju Południowego.
Stacja ukryta była w lesie. Można powiedzieć, że totalne zadupie. Zasięg telefonu był marny, komórka ledwo cokolwiek łapała. Rozmawiałam chwilę z Doris, która z Julkiem i pieskiem też przybywali na wyprawę, i przekrzykiwałyśmy się zdaniami: nic nie słyszę. Tu jednak umówiliśmy się z Mamutem, z którym tworzyłam drużynę rajdową, na piątkowe spotkanie przed imprezą. Wyszłam z pociągu i zaczepił mnie starszy mężczyzna w kapeluszu kowboja. Był oparty o swój samochód i wyglądał jak unowocześniony szeryf z Teksasu. A Ty do kogo przyjechałaś? Ja? Ja się tu umówiłam z kolegą. Tutaj? W Biały Zdroju Południowym? To pytanie niemalże wyryczał, jakby chciał zwymiotować nazwę tej miejscowości. No tak, musiał być to dla niego dość dziwny obrazek.
Mamut jednak przyjechał, ale kowboj chyba tego faktu już nie zdążył zarejestrować, gdyż odjechał gdzieś w siną dal. Może pilnować porządku publicznego?
Do świetlicy wioskowej, w której niestety spaliśmy (twardo i całonocne chrapanie) mieliśmy kwadrans z buta. Po drodze kupiliśmy u wiejskiej baby lody i poczułam się naprawdę swojsko. Zresztą zaraz przyjechała ekipa toruńska i do późnego wieczoru (do momentu, gdy zrobiło się zbyt zimno i zbyt śpiąco) leżeliśmy/siedzieliśmy na trawie, gawędziliśmy i bawiliśmy się z psem.
W sobotę rano musieliśmy wstać dość wcześnie i wyruszyć podstawionym autobusem do biura zawodów, które miało swoje miejsce w Kaliszu Pomorskim. Tam też przebraliśmy się w swoje stroje, jako że impreza tematycznie odwoływała się do kultury japońskiej i stroje bądź elementy stroju związane z tym krajem były niezbędne do zarejestrowania uczestnika rajdu. Mieliśmy z tym sporo zabawy. Ja oczywiście poszłam na łatwiznę i na dworcu w Poznaniu weszłam do Rossmana, licząc na to, że będą tam plastry Hello Kitty. Nie myliłam się, takie rzeczy wciąż są w modzie. Natomiast Mamut przygotował się konkretnie i dzięki temu wyglądaliśmy zajebiście profesjonalnie.
Oczywiście na kajakach nie mieliśmy już obandażowanych dłoni, gdyż wszystkie palce przydały się nam do wiosłowania. Trasa rzeki była piękna, ale dość prosta, więc udało nam się wyprzedzić prawie wszystkich, którzy byli zwodowani przed nami. Nie było zbyt wiele zwalonych drzew, więc mieliśmy czas, żeby porozmawiać na tematy wagi ciężkiej, takie postwielkanocne przemyślenia.
Podczas płynięcia mieliśmy do odhaczenia dwa punkty. Były zdecydowanie prostsze niż te położone na etapie pieszym (z tego, co pamiętam siedem punktów oraz miejsce przystankowe, w którym można było zatrzymać czas i posilić się przed dalszą trasą). I o ile bardziej mi się podobało siedzenie w kajaku (sezon uważam za rozpoczęty) i odczuwałam cały dzień niedosyt, że tylko dwie godziny płynięcia, o tyle punkty leśne, do których trzeba było doczłapać, były ciekawsze przez to, że każde dodatkowo wiązało się z zadaniem do wypełnienia.
Każdy punkt był także w pewnym stopniu powiązany z Japonią. Na jednym trzeba było wymyślić haiku, na innym walczyć mieczem samurajskim, czy ułożyć origami. Można też było napić się sake, czego ja akurat się nie podjęłam, bo jakoś na samą myśl mną wzdrygało.
Szło nam się dobrze, szybko i w pięknych okolicznościach przyrody. Fajnie jest poszwendać się po zupełnie obcych terenach, na które w innym przypadku, raczej by się nie trafiło. Dostaliśmy mapkę i według niej przemierzaliśmy lasy oraz pola.
Widzieliśmy, że inni ludzie mają straszne napięcie w sobie, żeby dotrzeć na metę jako pierwsi. My bawiliśmy się piknikowo. Trochę się pogubiliśmy, w pewnym momencie musieliśmy założyć obuwie kajakowe by przedrzeć się przez bagna a na sam koniec rajdu walnęło w nas dodatkowo deszczem. Zmokło mi prawie wszystko i musiałam chodzić później w śpiworze, bo trochę zmarzłam. Organizatorzy na szczęście zadbali o ciepły posiłek na mecie i najadłam się do syta zupą miso (zrobili dwie wersje: z mięsem oraz bez), dopychając przy ognisku pysznym czekoladowym ciastem.
Doris pożyczyła mi długie spodnie i z chłopakami usiadłyśmy przy ognisku, patrząc na ogień, gawędząc oraz pijąc piwo. To naprawdę przyjemne, gdy Szczecin, Poznań oraz Toruń może spotkać się w jednym miejscu i wspólnie przeżyć ciekawą przygodę.
W niedzielę rano szybko się spakowałam i poszłam na pociąg do Poznania. Miałam na sobie krótkie spodenki, ale w pociągu już owijałam się w śpiwór. Trochę przysypiałam i nawet nie miałam siły dokończyć czytania w gazecie tekstu o Różewiczu, bo tak kleiły mi się oczy. Na wpół majacząc, czytałam jego wiersze i mieszały mi się z przeżyciami dnia wczorajszego.
Elegancka eskapada:)
OdpowiedzUsuń