Rzeczywistość, na szczęście, uff, bardzo lubi zaskakiwać, więc nie ma sensu nastawiać się na rutynę. Chociaż to bardzo naturalne podejście do życia i trudno jest z niego zrezygnować. Wstajesz sobie rano, przestawiasz pięć razy budzik, myjesz ząbki, rysujesz twarz, starasz się być cicho i zrzucasz wszystko z wielkim hukiem na podłogę. Potem wciągasz na siebie z oporem materiał w różnych formach i kolorach, owijasz się w gotowy kokon. Założeniem butów, zapięciem guzików u płaszcza, wieńczysz dzieło. Zgrzyt zamka i wio w świat. Chyżo przed siebie. Z podniesionym czołem i w dziwnej czapce pilotce. Jakoś trzeba przez to życie przefrunąć.
Ale tak naprawdę nie zawsze dni zaczynają się w ten sposób. Zdarza się, że rzeczywistość zostaje przełamana elementem chaosu. Czymś zupełnie nieprzewidywalnym. Przygodą!
Przygody mają to do siebie, że nie zawsze w czasie ich trwania bywają przyjemne i sympatyczne. Nie jest to obrazek wycięty z kolorowej gazetki do naklejenia w zeszycie-pamiętniczku z podpisem: tu robiłam siusiu w rabatki. Ku pamięci. Berlin 2011.
Otóż przygoda, w całym tego słowa znaczeniu, jest zaskoczeniem! Jest czymś niespodziewanym! Jest odnogą prosto obranej drogi np. takiej autostrady dla turystów na Śnieżkę.
Zaskoczenie dnia bywa odświeżające, kreatywne i edukacyjne.
Można dowiedzieć się o sobie bardzo dużo. Np. Ile mam w sobie determinacji by chora, z zepsutym samochodem, pojechać 20 kilometrów ze wsi do Poznania po to by Kai, która jest moją siostrą, dodajmy jeszcze do tego przymiotnik: tą ogarniętą (znaczy trzymającą rzeczywistość za mordę), wziąć paszport z pokoju?
Nakreślmy sytuację, żeby dodać lekkiej dramaturgii.
Godzina 7:00. Leżę spocona, zasmarkana, z gorączką w łóżku w Kiekrzu. Nagle telefon. Patrzę: siostra dzwoni. Myślę: ki diabeł, ta tu czego! Odzywa się jej zrozpaczony głos: Maja, jadę pociągiem do Warszawy na samolot do St.Petersburga i się okazuje, że paszport leży w szufladzie w pokoju. Tylko Ty masz klucze.[dodam, że lot ten miała po 10:00] O nie, wariat we mnie wstąpił. Nienawidzę Cię, jesteś głupia, po co dawałaś mi te klucze, szczurkami ktoś inny mógł się opiekować! Było tylu obok, tak wielu bliżej. Rzuciłam telefonem wściekła ze słowami: nie jadę! Po czym wstałam, umyłam zęby, ubrałam się w byle co i wyszłam.
Odpalałam Matizka, takie łaciate auto po przejściach, w końcu jeździło już ze mną dość długo i sporo przeżyło, a teraz ostatnie dechy z siebie wydawało. Nadzieja: dojadę! Poza tym byłam zła jak osa, bo wciąż nie znałam planu. Okej, mam pojechać po paszport. Okej, wziąć z szuflady. Super! Ale co dalej? Jakie będą następne kroki? Myślę sobie: nie jest to teraz ważne. Ona musi tam dojechać, bo inaczej mi zamarudzi całe następne miesiące, że przez głupotę straciła taką szansę! Taką szansę! Skup się na celu. Oby do niego były same zielone światła. Samochodzik bowiem, gdy się już nagrzał, nie chciał schodzić poniżej przeciętnej. Żadne jedynki i dwójki nie dawały mu satysfakcji. Od razu gasł, zniesmaczony. Pytanie: czy zapalił po takim fochu? Nie, musiałby dopiero ostygnąć, żeby na nowo się rozniecić i przejechać chociaż ciupkę. Taki z niego był osioł.
Także jadę takim samochodem. Plan zerowy. Wkurw morowy, już dochodzi do ostatecznego wrzenia. Zaraz nastąpi wybuch, już teraz się pluję, zapluwam z wściekłości. Cała kierownica w drobnych skutkach wypowiedzenia kurwy najszybciej jak tylko się da. Potykam się już językiem o te wszystkie przekleństwa. Jest coraz gęstsza atmosfera w samochodzie, aż dzwoni Kaja i przedstawia mi plan działania: jedziesz do mnie, bierzesz paszport i na lotnisko! Musisz tam dotrzeć do 08:30. O 09:00 jest lot do Warszawy, przekażesz dokument panu xx.
Punkt zwrotny. Skrzydła! Okej, dojadę, ale pod Twoim blokiem ma czekać na mnie taksówka na lotnisko, bo Matizek już sobie nie poradzi na bank!
Jadę, przed siebie, wzdłuż lasu, dojeżdżam powoli co cywilizacji. Uspokojenie, szatańskie skupienie z iskrą w oku. Pierwsza sygnalizacja i ten baran zaczyna mi więdnąć. Czuję jak się ze sobą chłopak szarpie. A zaraz będę wjeżdżać do Poznania i nastąpi cała fala świateł. Trzeba będzie kombinować. Oby jechać na jak najwyższym biegu. Inaczej będzie: zdechł pies. I po nim. I po mnie. I po Kai w samolocie.
Wjeżdżam do miasta. Czerwone za czerwonym. Sama się zrobiłam z tego wszystkiego czerwona, bo wzięłam trzy pod rząd, krzycząc geronimoooooo! Jestem przestępcą, ale cel mam słuszny! Cel mam wybitny. Trzeba pomóc Kai.
Jednakże zły los śmieje mi się w twarz. Dojeżdżam bowiem do jednego z kluczowych skrzyżowań poznańskich, na którym ludzie w różne strony świata, ale zawsze do pracy zmierzają. Ładny korek aut jak koraliki. Zwalniam i czekam na zmianę świateł. Toczę się, zaczajam się za tym sznurkiem, ale niestety dochodzi do momentu, w którym staję. Następuje seria ostrych spazmów, które pozwalają mi na dotarcie do samego skrzyżowania i rozwalenia się całym pomarańczowym cielskiem na przejściu dla rowerzystów. Po nim. Po mnie? Po Kai w samolocie?
Co robię? Płaczę. Wysiadam z auta i płaczę. Dzwonię, pytam. Kaja mówi, że telefonuje do taksówkarza spod bloku, żeby przyjechał po mnie na to skrzyżowanie. Nikt mi nie pomaga. Wszyscy na mnie trąbią. Także płaczę dalej. To był moment ostateczny, że dałam z siebie wszystko, ale jednak za mało! Po jakimś czasie, który mógł być chwilą, ale dla mnie był wiecznością, dzwoni siostra, że mam podbiec na parking dyskontu, gdyż tam stoi taksówkarz.
Biegnę, prawie sandały po drodze gubię, prawie pod samochód wpadam. W malignie, w roztrzęsieniu. Wołam do człowieka z taksówki: pomóż, pomóż z samochodem! On zdziwiony, zaspany. Widać, że nie chce mu się, ale cóż zrobić, trzeba.
Odholowaliśmy wspólnymi siłami samochód na parking dyskontu. Przy okazji dobiegł do nas rowerzysta, rzuciwszy rower w krzaki, i także wczuł się w to Matiza popychanie.
Parking, godzina 08:07. Panie taksówkarzu kochany, po paszport! Byle szybko, byle bez przygód! Mamy niewiele czasu!
To jest kolejny moment zwrotny. Następuje bowiem seria fortunnych zdarzeń, gdyż w ostateczności przekazałam paszport komu trzeba o 08:27. Ten kto trzeba się podśmiewał pod wąsem.
Też bym się podśmiewała, ale wolałam zjeść śniadanie (dżem porzeczkowy z serkiem kozim!) i napić się czarnej jak smoła kawy (budowlanki, byle chrzęściła ostatnim łykiem w zębach). Ale nie by energię zyskać. Nie, o nie. Dla momentu spokoju, wyciszenia i nerwów ogarnięcia.
Siadłam na kanapie. Podniosłam kubek do warg. I nagle taka myśl: czy to przydarzyło się właśnie mnie?
***
historia przedstawiona w obrazku:
"plan zerowy, wkurw morowy" co za przygoda!
OdpowiedzUsuńtaka przygoda, że aż nie opowiadać byłaby szkoda!;)
Usuńdżem porzeczkowy z serkiem kozim, cóż za oryginalne połączenie ;)
OdpowiedzUsuńładnie napisane
spróbuj a odkryjesz nowe smaków lądy;)
UsuńCała historia mrozi krew w żyłach,ale rowerzysta rzucający się z pomocą mnie wzruszył;)
OdpowiedzUsuńMnie też wzruszył! Rowerzyści bywają kochani!;)
UsuńHeroiczna postawa ;)
OdpowiedzUsuńBohaterem zostaje się przez przypadek!;)
Usuń