Na Żółtodziobaku nie może zabraknąć opowieści, w której przebijać się będzie czeski element. W końcu w Czechach trochę się nasiedziałam, swoje tam przeżyłam, niejedno zrozumiałam. Nie mówiąc o tym, że poznałam tam wspaniałych ludzi, z którymi odkrywanie świata nabiera prawdziwych rumieńców. Albo raczej: abstrakcyjnego rysu. Taki przykład: jedziemy do Sosnowca (ja z Poznania, Łocho i Mończa z Warszawy) w celu spędzenia urodzin Jacka. Wszystko zaczyna się niewinnie od testowania nalewek domowej roboty (moim faworytem jest wciąż Malina Jeżyna, urzeka mnie ta nazwa!). W trakcie testowania, skanujemy biblioteczkę Jacka. Znajdujemy tomik poezji Asnyka. Przepraszam tych wrażliwych, ale tak, śmiejemy się z niego. Okazuje się, że dostał ten tomik od mamy na Gwiazdkę (jego brat Tetmajera - czy mama bardziej kocha brata?), prawdopodobnie z powodów ekonomicznych (może mi się teraz wydawać, ale prawdopodobnie cena nie została odklejona). Każemy mu, cali w radosnych pląsach, zadeklamować któryś z wierszy. W międzyczasie mielimy temat ataku bobra na wędkarza (głośna sprawa z Białorusi) i odnajdujemy w sieci mnóstwo przypadków agresji tych zwierząt. Ostateczna konkluzja jest jednak taka: bobry to słodziaki a na księżyc wybierz się sam (skąd to? dlaczego tak? - zupełnie nie wiem). Natomiast Asnyka bierzemy pod pachę i kombinujemy akcję: jedna knajpa jedno piwo jeden wiersz. Jest zapowiedź, odczyt, oklaski, interpretacja, wzruszenia. Jedno piwo wystarczy na to by porządnie rozebrać wiersz. Od stóp do głów. Czy autor miał na myśli te wszystkie rzeczy, które z siebie wyrzucaliśmy? Gdyby miał, pewnie zostałby lepszym poetą (znów przepraszam tych wrażliwych).
Ci ludzie, z którymi już prawie pięć lat się znamy (w listopadzie fetowanie!), to obecnie stały element mojego życia. Gdzieś tam pod kopułą, w mniejszym lub większym stopniu, się kotłują. Spotykamy się, powiedzieć, że regularnie to jednak skłamać, ale na pewno raz w roku. Może częściej? Nie liczę tego z jednego względu. Nieważne jak dużo czasu minie między np. Sylwestrem w Ołomuńcu a Kinem Na Granicy w Cieszynie, czy między innymi wydarzeniami o małych nazwach bądź ich braku, może być i pół roku bez słowa, ale na spotkaniu jest taki klimat jakbyśmy pożegnali się wczoraj, czule całując się z dubeltówki.
Spędziliśmy ze sobą rok na Erasmusie. Dużo nas tam wszystkich było, ale z tego całego tłumu wyłuskały się pewne perły. Było tak jeszcze do niedawna, że jeździliśmy, tu już mogę użyć tego słowa, regularnie do Ołomuńca. Takie nieustanne powroty stęsknionych ludzi, którzy chcą znów posmakować Moraw, połazić po ołomunieckim bruku, zagubić się, wspólnie, w małych uliczkach tego miasta, zanurzyć w morzu muzyki oraz piwa (w Ponorce - Ponorka po czesku to łódź podwodna - genius loci według stałego bywalca, niegdyś drugiego malarza Czechosłowacji, malującego na moście Karola obrazy warte tryliardy - oczywiście przytaczam tu jego słowa a prawda, jak zwykle, jest względna) i spędzić dobrze czas. Napisałam "do niedawna", gdyż w pewnym momencie stwierdziliśmy, że tę naszą znajomość warto by poszerzać o kolejne miejsca. Że tak naprawdę chodzi nam o to nasze, a na marginesie, niektórzy (Poznań, Warszawa) mieli dalej niż inni (Śląsk i Zagłębie) i coraz rzadziej udawało się zgadać, żeby jechać właśnie tam.
| Takie z nas słodkie morduchny! |
| Zanurz się w Ponorce! |
Taki klimat: zima, wydarzenie zdecydowanie wzniosłe, gdyż zbliżają się Święta a wraz z tym okresem pojawia się vánoční punč (świąteczny poncz), który staje się tematem wycieczki z Polski do Czech. Na ryneczku staje wielka choinka, upstrzona w bombki i światełka. Wokół drzewa, które prawie przewyższa ratusz, pączkują stoiska wypełnione utopencami, serami w zalewach, słodyczami, pierdółkami ze szkła, wełny i wszelkiego innego bogactwa. Można też napić się gorącego wina, czyli właśnie vánočního punče. Opcje są przeróżne. Z migdałami, pomarańczami, czy z całym innym światem bakaliowych rozkoszy. Wino rozgrzewa na tyle by móc w siarczystym mrozie spędzić więcej czasu i przez przypadek spotkać męża koleżanki, z którą ustawieni byliśmy na dzień następny. Mąż pijaniutki, ale nie jak bela. Okazuje się, że żona zagniewana, bo wyrzucił dziecku stare zabawki (ale ona ma tyle tych zabawek, tyyyyyle!). Mówię, że się nie dziwię jego żonie. Lepiej niech idzie na browara, żeby nie myśleć. I nie wrócić zbyt wcześnie, bo żona będzie wciąż na niego zła!
Następnego dnia, uroczyste zaproszenie na kotlety, do niej właśnie, do Świra, dziewczyny, która na wszystko potrafi spojrzeć pozytywnym okiem i ma w sobie niespożytą energię do psot przeróżnych (a śmieje się przy tym perliście!). Przy czym nielichy temperament, bo na męża jak złym okiem łypnęła, to wymaszerował z kumplami na mróz pić piwo i punč. Ola pochodzi ze wsi, gdzie nie jeden raz musiała sobie poradzić w kryzysowej sytuacji np. gdy krowa uciekła, czy wody ze studni trzeba było napompować. Na wsi człowiek hardzieje, hartuje się i pozbywa wszelkich luksusowych problemów (wiem! byłam u niej!). Poza tym robi najlepszą pomidorową na świecie!
Wracając do Czech! Są kotlety, jest synek (przepiękny!), zabawek po pas (ile ich było przed wiosennymi porządkami, które doprowadziły do niewielkiego upadku męża?) i mąż, jakby pogodzony ze stanem rzeczy, zaprasza nas na hulení, czyli jaranie. W Czechach można palić zioło i nie jest one zabarwione domieszkami. Także stoimy na balkonie, popalamy. Gdzieś w tle biją się kotlety. Mama Świr ubija je na desce na ziemi a jej syn Petia przygląda się temu z wielkim zainteresowaniem, mieląc paluszki. W dużym pokoju, gdzie zabawki zajmują każdy możliwy fragment podłogi, gra telewizor z bajkami po czesku. Jest domowo, leje się herbata na zmianę z winem.
Zajadamy kotlety i rozpoczyna się wieczór gier i zabaw. Dziecko przeszczęśliwe, gdyż każdy z nas zapewnia mu odpowiednią ilość łaskotek. Polega to na tym, że łaskocze się dzieciaka, on się śmieje, odbiega, niby zawstydzony, po czym przybiega z powrotem. Po więcej i więcej. Staszek, któremu dopiero co urodził się Kazik, wyprzedza nas wszystkich w inwencji rozweselania malucha. Przy zabawie z Piotrusiem powstają znów abstrakcyjne twory, których z żadną inną ekipą bym nie wyczarowała. Po pierwsze katastrofy samochodzikowo-lalkowe, po drugie fascynują nas wszelkiego rodzaju instrumenty muzyczno- quasi muzyczne oraz (po trzecie) magiczna tablica, na której narysować można cały świat, ale jest on nietrwały, łatwo zmazywalny. Parę zdjęć z zabawy tablicą mogę umieścić. Niestety - występ kocich grajków jest jedynie udokumentowany na filmiku. Słychać na nim tylko hałasy, trzaski i napierdalankę z małego keyboardu Piotrusia. Zupełnie inny odbiór niż w trakcie tworzenia. Czysty punk. Oglądałam ten filmik w kółko i nie mogłam uwierzyć w to, że tak bardzo nam się nasza twórczość podobała. Wciąż jednak czuję ten zabawowy klimat.
Na zakończenie parę zdjęć z tablicą:
Na zakończenie parę zdjęć z tablicą:
| Cóż za talent! Łocho to perełka przed knury rzucona!
|
Bobry, jamniki, kuonie i inne żółtodziobaki. Ależ mamy ZOO.
OdpowiedzUsuńczeskie zoo, kocia muzyka!
Usuń