niedziela, 17 listopada 2013

Może morze?

Nie byłam w tym roku nad morzem. Pewnie nie ma to większego znaczenia - takie załatwianie podróży w roku, że przez te 365 dni trzeba koniecznie odbić się od wszystkich ścian polskiej przestrzeni. Od południowych gór, które wystrzelą mnie nad wschodnie puszcze i tamtejsza dzikość serc napełni mnie taką furią, że błyskawicą uderzę w zachodnią nadrzeczną formalność i poukładanie. Stamtąd już tylko krok od zaczerpnięcia w płuca północnego jodu. I poczucia piasku między placami u stóp. Chrzęszczenia połamanych muszelek, sprasowanych przez wiatry kamyków. Ciekawe skąd je tu przywiało? Z jakich ziem, z jakich większych skał, gór pochodzą? I jaka była ich droga? Kto ich wcześniej dotykał?

Nocą morze spokojnie dobija do brzegu, co chwila uciekając w głąb jakby zawstydzone. Podchodzę by zanurzyć rękę i fala zalewa mi buty. Złośliwość dziecka. Psotnik. Czuję "podskórną" taflą wody śmiech, złowieszczy śmiech Neptuna. Ale w dali morze jest ogromem nie do opisania. Migającym  w paru miejscach ludzkimi symbolami chęci ujarzmienia tego potwora. Potem już tylko czerń - połączenie nocy oraz morza, moje oko nie wychwytuje tej granicy zbratania.

Tak, to zdanie "nie byłam..."zabrzmiało mi zbyt mocno w głowie, żeby je zignorować i pozostawić bez żadnych następstw. Wsiadłam więc jednego dnia do pociągu i pojechałam na północ, hejże różo wiatrów! Pojechałam by poczuć to wszystko. Cóż innego mogłam zrobić? Siedzieć dalej na łóżku i milczeć uparcie, walcząc z pragnieniem?

Na plaży nie było nikogo, wiał tylko wiatr i dmuchał mi w kapturze, chociaż zawinęłam się w najgrubszy swój szalik i włożyłam czapkę pilotkę. 

Morze nie miało temperatury, albo ja, lekko podniecona, jej nie poczułam, nie zarejestrowałam. Miałam mokre buty, poprzyklejał mi się do nich piasek. Później nim sypałam na peronie, czekając na pociąg powrotny. Myślę sobie: cóż za magia, jestem wciąż na plaży.

A w drodze do Poznania kołysało mną w rytm szumu, szszszszszumuuuuu morskich opowieści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz