Myślę Szczecin i widzę:
- Aleję Wojska Polskiego. Nierówne chodniki. Bramy. Moje codzienne docieranie do pracy i pijane powroty z miasta. Często bez butów, bo lubię dotykać zimnego betonu. Tutaj też jeździłam rowerem. Ścieżka rowerowa poprzetykana grubymi korzeniami. Czy ktoś w ogóle jej używa? Raz o mały włos nie straciłabym zębów. I poczucia godności.
- Róże. Ja i Hania schowane w nich udajemy lwy. Cały dzień pod znakiem ładnej pogody i analiz M. I nie tylko. Ogólnie takie babskie rozmowy o mężczyznach.
- Z najwyższej góry Lasek Arkoński. Wdrapaliśmy się rowerami. Motyl mi wtedy pokazał pół miasta. Opowiadał o epizodach marynarskich. I o wszystkim innym. Chciał, żebym się zmęczyła, bo ostatnim razem, gdy poszłam z nim i Karolem na rower, to się ze mną cackali i pokazałam im, gdzie raki zimują. Teraz więc ewidentnie chce mi dać w kość. Jest fest pogoda, słońce świeci w głowie. Ścigam się z napotkanymi chłopakami. Motyl się śmieje.
- Jezioro Dąbie. Pokrojone marchewki, rzodkiewki w plastikowym pudełeczku. Grzegorz popisywał się umiejętnościami na żaglówce. Miał czym się popisywać.
- Całe Krzekowo pokryte deszczem. Szłam powoli, chciałam moknąć. Kierowałam się w stronę Poznania. Kiekrza właściwie. Ciężko w sercu.
- Jasne Błonia. Z Mończą wpieprzamy kebaba. Przed chwilą byłyśmy świadkami nieciekawej sytuacji, gdy kebabowego Turka zaczepiali dresiarze. Twarde, ogolone karki. Przyjechała ochrona i taki tekst padł: proszę po godzinach pracy zaczepiać. Nie teraz.
- Żurawie. Siedzimy z Hanią i Ksiagi na ławce i robimy sobie fotki z łapki. Za nami Wały. Powstaje w tym dniu wierszyk: Idziemy na Wały dla zwały/ jemy chrupki/popijamy mlekiem z tubki.
- Czarnego, tłustego kota, opalającego się na ławce pod blokiem, w którym mieszkałam. Codziennie rano, gdy wychodziłam do pracy, rzucałam: ach Ty leniu, idź za mnie pracować, a ja se legnę. I się śmiałam z moją współlokatorką Ewą, że on mnie tak specjalnie prowokuje. Ewa, ładna blondynka w trampkach, nazwana w niektórych kręgach punkówą, jadła ze mną rytualnie wieczorami połówkę grejpfruta. Dla zdrowia i dla gadki.
- Graffiti pod wiaduktem. Jest noc. Włóczęga po całym mieście. Niebezpiecznie? Dotarłam na Romera cała i zdrowa. Oczywiście końcówka boso. Nie byłabym sobą, gdybym w końcu nie zdjęła butów.
Ostatnio bardzo blisko Szczecina krążą moje myśli, więc siłą rzeczy przypomniało mi się, że pierwszego dnia przyjazdu, gdy zaczynałam pracę w tym mieście, postanowiłam spisać sobie dziennik szczeciński. Jak to ze mną bywa, stanęło tylko na jednym dniu, tym pierwszym, gdy jeszcze nic, ale to kompletnie nic nie widziałam, gdy myślałam o Szczecinie.
Sądzę, że to ciekawe, spojrzeć w swoją głowę sprzed dwóch lat. Pamiętam, gdy opisywałam ten dzień. Dokładnie przypominam sobie pokój, który zawsze mroził całą mnie koło czwartej nad ranem. Ten stary tapczan, obrzydliwą tapetę. Gdy się człowiek położył na łóżku, mógł całymi dniami patrzeć w niebo przez duże okno. I marzyć!
20.03.2011, niedziela
Przyjechałam pociągiem, a była to
bardzo dziwna jazda, taka na spowolnieniu, pasażerowie jacyś z innego świata,
chociaż normalni, zagadani o codziennych sprawach. Miło się tego słuchało, o
czymś takim życiowym, twardo po ziemi. Za oknem lasy, sarny w bezruchu i
zupełnie spokojne niebo, z białymi baranami. One nie sunęły, to pociąg się
przemieszczał, a ja wraz z nim na zupełnym przyzwoleniu. Dałam się mu porwać,
dałam się zaciągnąć w ten daleki od domu świat. Nie miałam żadnych oczekiwań,
żadnych głębszych przemyśleń, gdy tak jechałam do, ale gdy zobaczyłam miasto, to
Miasto, rozciągające się tak mocno za oknem, poczułam spięcie i zaparło mi dech
w piersiach. To już tu, jestem tu i tu będę przez jakiś czas żyła. Sama.
Nowości, zupełne nowości na każdej linii, mnie tutaj czekają. Niepokój to nie był, jakaś
taka niewiadoma mnie przepełniała. Czarna dziura w brzuchu i głowie. Wydawało
mi się, że jest to wszystko mniejsze, że Szczecin jest karłem a nie potworem, a
tego właśnie oczekiwałam. Wolę być na zadupiu niż w kotle, w ruchu. Nie chcę
drugiego Poznania, szukam drugiego Ołomuńca. Ale czy znajdę? Czy jakoś to
miejsce po części będzie mogło być tylko moje? Czy Rafał, odwiedzając mnie
tutaj, też się poczuje trochę po domowemu? Czy będę mogła także tutaj zapuścić
swoje korzenie i później wracać myślami do tego miejsca jako kolejnego mojego
na tej Ziemi?
W autobusie, który odjeżdżał
szybko spod dworca, nieogarnięta, pełna dziecięcego zachwytu, bo miasto zza
szyby pojazdu prezentowało się całkiem sympatycznie. W słońcu. Czuć wiosnę. Niedługo, pomyślałam sobie z lekkim przekąsem, poznam
inne jego oblicza. No i zaczynał się rodzić niepokój: co to będzie, co to
będzie, co przed sobą mam. Bo to, co w sobie jest pewniejsze, ale niestałe. A
to co za sobą też się zmienia, w zależności od ubytków w pamięci i od tego, co
w nas dorasta, jaka w nas część poważnieje. Na niektóre rzeczy, te za mną,
przecież nieustannie patrzę niedojrzale, ale też nie widzę powodów, aby
zmieniać ten sposób patrzenia. Lubię dziecko w sobie. Tę postać niespiętą i
całkiem rozluźnioną.
Dziewczyny miłe, sympatyczne.
Osiedle wydaje się spokojne, takie idealne dla starszych osób i matek z
dziećmi. Niedaleko tanie sklepy, na tramwaj też hop siup. Samo mieszkanko
tworzy specyficzny klimat. Jest zwykłe i szare jak klops, ale istnieją tu pewne
elementy, które świadczą o próbie udoskonalenia tej przestrzeni. Chociażby
kuchnia, czerwono biała, patriotyczna. Pokój do zniesienia, ale trzeba tu
koniecznie wprowadzić mnie całą, mój klimat, mój charakter, moją osobę z wadami
i zaletami. Od razu, na samym praktycznie wstępie, przemeblowałam, żeby pokój
zrozumiał, kto tu teraz rządzi. Łóżko stało pod oknem, a teraz zdobi jedną ze
ścian. Fotel przytargałam pod lampkę i właśnie na nim siedzę. Tutaj będzie moje
królestwo, na tym właśnie fotelu, o którym zawsze marzyłam. Gdy się
rozpakowałam i gdy ostatecznie urządziłam pokoik, to pojawiły się smutek i
pustka. Przypomniały mi się obie podróże do Ołomuńca, które zaczynały się podobnie.
Czułam się ślepcem, nic nie wiedziałam. Przerażało mnie to, chyba bardziej niż
innych, którzy zdecydowali się na taki wyjazd. Niby powinnam być teraz mądrzejsza,
ale nie jestem. Wciąż te same emocje mnie dotykają. Wciąż jestem spięta i
zestresowana. Zupełnie niepotrzebnie.
Nie myślę jeszcze o pracy, bo
będzie, co będzie. Czego chcę od Szczecina? Miłych
ludzi, fajnej pracy, abym mogła do niej chodzić z przyjemnością, a nie z cegłą u
nogi. Jutro zresztą zobaczę, jak będzie. A może dziać się bardzo dużo, może
stać się wszystko.
By dopełnić tę notkę, dodam jeszcze parę fotografii z Mończy aparatu. Sierpień 2011:
Tylko pozornie było dużo leżenia na trawie:)
Chętnie bym wróciła: do tego dnia. I do Szczecina w ogóle.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz