niedziela, 6 października 2013

Miasto-przemierzanie, czyli część druga kłodzkiej opowieści.

Przedostać się w głąb struktury. Przeryć? Nie. Dotrzeć do najgłębszej warstwy, ale bez agresji. Po ataku nienawiści odzywa się zgaga, więc nie będę się bawić w drapieżnego zdobywcę. Jestem tutaj gościem, który chce nie tylko poznać, ale też przyjemnie spędzić weekend. Bez choroby, bez napięcia. Dlatego też przyjechałam tu z Ksiagi, która świat odbiera w podobny sposób i nie ma wobec niego roszczeniowego podejścia. Razem potrafimy przemienić to, co zastane, w poezję, w baśń. Możliwe, że tylko my rozumiemy poetykę tych naszych tworów.


Jest trochę przed południem i pogoda coraz ładniejsza. Nie jadłyśmy śniadania, wciąż bez kawy. Ksiagi: jesteśmy na wakacjach, tak czy nie? No to chodźmy zjeść obiad. Śniadania są nudne. Zupa, placki po węgiersku i kawa. A do tego mała cola. Napełniamy brzuchy, chociaż nie radzimy sobie z całością tematu. Gdyby jakiś kolega był z nami, na pewno pomógłby wyczyścić talerze.


Plan jest taki by przeszukać miasto - jak szufladę. W celu natknięcia się na perełkę, skarb, może nawet z dzieciństwa? Nieśpiesznie, powłócząc nogami, licząc stopnie schodów. Gdzieś w tle wisi potrzeba Ksiagi by obejrzeć mecz Lech-Legia. Także na marginesie szperania po kłodzkich zakamarkach, szukamy pubu, w którym mogłybyśmy obejrzeć ten mecz. Ksiagi zapomniała wziąć okulary z domu, ale mi są moje niepotrzebne, więc gdy trafiamy w drugiej połowie na mecz, oddaje jej swoje. Lech przegrywa ku uciesze głośnego pana pod krawatem. Blondynka lekko przeciera usteczka. Pan pod krawatem rubasznie, on tu jest teraz władcą, komentuje całe zdarzenie. Przechyla kufel do dna, odstawia z przytupem. Wychodzimy lekko skwaszone.


Świeci słońce, więc budują się ładne kadry. Ustawiam palce w taki sposób jakbym robiła zdjęcie. Prostokąt. W nim rzeka, za którą wyrastają w niebo góry. Pola zażółcone rzepakiem. Szum. Wzdłuż rzeki dzicz zieleni. Rozhulała się trawa aż po kolana. Soczysta uczta dla wszystkich królików świata. Panowie z kosiarką nie zrównali tych chaszczy z ziemią. To dobrze, znaczy że przyroda w tym mieście ma coś do powiedzenia. Beton tutaj jest wciąż w tle, ugłaskany.


Nad miastem Twierdza. Niezbyt groźna, gdyż cała w zieleni. Ją zostawiamy sobie na niedzielę, tuż przed odjazdem do Poznania, teraz chcemy włóczyć się dalej. Nie mamy ze sobą mapy, niech nas poniosą uliczki, upstrzone w kocie łby. Staram się ogarnąć wzrokiem całość mijanego krajobrazu. Albo raczej: miastobrazu. Napisy na murach, szyldy, reklamy wrzucone w kontekst i ludzie, którym kradnę strzępki rozmów i układam z nich nową opowieść. Rafał mi kiedyś mówił: szkoda, że tym małym sytuacjom nie można zrobić zdjęcia. Tym gestom i słowom. Nie da się wszystkiego opowiedzieć samym słowem, czy obrazem. Może jednak kino jest najbliżej życia?


Pan w kiosku spożywczym proponuje nam tańszą wodę, bo po co płacić za markę? I dorzuca zapałki w gratisie. Z uśmiechem! Czy serdeczność to stylistyka małych miasteczek? Czy tylko w miejscu, w którym bieda wychyla się z każdego kąta, można spotkać człowieka? Czemu to takie trudne w dużych miastach? Czy wraz ze wzrostem złotówki w portfelu nasza empatia niknie? Nie znajdę tu odpowiedzi na to pytanie, chociaż wieczorem będziemy siedzieć z miejscowymi chłopakami na trybunach, którzy nazywają się "dobrą patologią". Może piją, może jarają, wciągają, kwaszą, ale "Wam tu się nic nie stanie, my Was chronimy". I trochę większe poczucie bezpieczeństwa. Łupiemy z nimi słonecznik, pijemy piwo i staramy się udowodnić, że tak, jesteśmy z Poznania i tak, chciałyśmy weekend spędzić w Kłodzku. Do końca nam nie wierzą. Po co Poznań ma tu przyjeżdżać? Ja sobie myślę, że po to by siedzieć pod wieczornym niebem, łuskać słonecznik, bo ponoć to takie kłodzkie siedzieć i łuskać, i słuchać innych ludzi. Zamiast wciąż siebie, innych.


Można też wsłuchać się w miasto. Kłodzko jest senne, słonecznie leniwe, ludzie snują się, szukając czegoś do roboty. Łaziłyśmy cały dzień, co jakiś czas zatrzymując się by zrobić zdjęcie, czy usiąść na piwo, pójść na frytki w rożku.



Na kiermaszu książek zakupiłam cienką książeczkę Niziurskiego (mojego mistrza), której nigdy nie czytałam. W pociągu okazało się, że kilka stron przed zakończeniem jest wyrwanych, więc z rumieńcem na twarzy, co dalej, co dalej, nagle wskoczyłam w zdanie wieńczące opowieść.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz