Oderwanie się od dnia dzisiejszego jest w sumie proste. Przynajmniej mi się
takie wydaje po tym, gdy zaczęłam się odrywać. Najpierw z lekką nutką
nieśmiałości, później odważniej, dalej, mocniej, aż w końcu się zatraciłam w
tych oderwaniach. Powroty do codzienności są już ciut trudniejsze, ale, nie
szkodzi, po kilku dniach jest się już u siebie. Inni różnie te oderwania
oceniają. Że: jak Ty żyjesz, w wiecznym ruchu, wciąż Ci mało, nie najadasz się
tym życiem, nie umiesz się zatrzymać. Itp. Dużo tam jest: !?!?!? Stare śpiewki.
W sumie racja, trudno jest mi się z tym nie zgodzić. Fakt jest jednak taki: ja
się wyłącznie przed sobą rozliczam ze swoich akcji, czasem może rykoszetem
jakąś smutą się oberwie Rafałowi, który jest mi najbliższy i tylko jego skargi
jestem w stanie rozpatrywać. Ma prawo oceniać, że nie szanuję zasady złotego
środka: pół spokoju, pół szaleństwa. U mnie za dużo tego szaleństwa, co się
często odbija na psychice. Że jak jest cisza to mi dziwnie. Jak stoję to się
czuję jakbym umarła.
Ale, jak to mówi Doris, każdy ma swoje disco polo w głowie. Moim są
oderwania. Nazwijmy je chociażby tak: wakacje w weekend.
Powtórzę za miliardem innych ludzi, którzy zapewne tę frazę wypowiadali nie
raz: kiedyś to było świetnie! Nie piszę tego jednak w kontekście zamierzchłych
czasów, minionych wieków, pozamykanych pokoleń. Raczej z domieszką sentymentu. Jest początek września, więc mi się tak jakoś
zebrało, że trochę zazdroszczę tej szkoły dzieciakom. Tyle dni wakacji, ferie,
okresy świąteczne! Tyle dni do zapełnienia przygodami (w szkole przecież też!)
o różnych barwach i smakach. Przygodowe łasuchy na pewno zacierają ręce.
Będąc dorosłym i jakże nudnym, bo odpowiedzialnym, ech, trzeba nieustannie
przeliczać swoje przygodowe pomysły na dni urlopu. Trudno jest to wszystko upchać
w taki malutki woreczek z wyszytym na nim „U”.
Trzeba radzić sobie w zupełnie inny sposób.
Druga sprawa: pieniądze. Fundusze należy kalkulować w tę i nazad.
Główkować: jak, za ile, po co to, a tamto? Jestem korpo-ludzikiem, ale bez
zadatków na popłynięcie na szerokie wody. Przyznaję się bez bicia! Siedzę w
korporacji, żeby spełniać swoje sny poza korporacją. Nie będę się zamęczać po
to by mieć jeszcze większą odpowiedzialność i mniej wolności dla siebie. Może i
kasa jest potężniejsza, ale kiedy ją wydawać? No chyba nie na telewizory,
tablety, smartfony? Po kiego mi takie szataństwa?!
Forma, którą utworzyłam wraz z takim jednym świrem (przyjaciółką od tysiąca
już lat), który się zwie Ksiagi, okazała się idealna. W piątek po pracy rusza
się w obranym wcześniej kierunku i aż do niedzieli smakuje się oderwanie, nie
myśląc w ogóle o życiu codziennym. Jaka praca? Jakie problemy? O co w ogóle tym
ludziom chodzi?
Irytujące przeważnie PKP wspomaga formę tego typu relaksu biletami weekendowymi,
dzięki którym mogę zjeździć całą Polskę bez konieczności wydawania wielkich
sum. Kupuję bilet na osobówki (45 zika), na pośpiechy (75 zika) albo na szalony
tych pociągów mix (odpowiednio drożej). Wsiadam w pociąg po 18:00/19:00 (w
zależności od typu spółki) i do poniedziałku 6:00 śmigam sobie po Polsce naszej
pięknej i wspaniałej.
Oczywiście wykorzystałyśmy to z Ksiagi. Naszym celem (po dość długich
rozmyślaniach – konkurencja miejsc była dość silna) było Kłodzko. Akurat okazało się, że odbywają się w tym
czasie Dni Kłodzka, więc stwierdziłyśmy, że na pewno po mieście będzie się
szwendać dużo tubylców, których można pozaczepiać i podowiadywać się trochę jak
tam się mają sprawy w innej części Polski.
Oderwanie zakończyło się sukcesem oraz poniedziałkowym bólem istnienia, ale o tym już w następnej notce.
Oderwanie zakończyło się sukcesem oraz poniedziałkowym bólem istnienia, ale o tym już w następnej notce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz