Minęło już kilka dni od tegorocznego spływu Słupią (ciągną się jak krówka mordoklejka), który umościł się między koncertem
Depeche Mode w stolicy, festiwalem Audioriver w Płocku, nocnym Toruniem (boso,
ale na rowerze) a wizytą Szczecina i zaledwie rzuceniem oka na Tall Ship Races.
Zaledwie, bo po brataniu się z naturą, trudno jest wskoczyć nagle w masę ludzi
i dobrze się bawić. Fajerwerki, głośne granie, pijani, weseli ludzie. Potrzeba
schowania się była dość silna, co nie znaczy, że wróciliśmy do domu się skryć, czy (przede wszystkim!) wyspać.
Musiałam chociaż trochę pobyć w Szczecinie. Poczuć to miejsce. Lubię je, właściwie
kocham, jak schorowane dziecko, bezwarunkowo. Zboczyliśmy z głównego toru, odseparowaliśmy
się od tej wielkiej imprezy, żeby móc po prostu posiedzieć, pogadać, napić się
piwa, czy poskakać między liniami płytek chodnikowych.
Siedzę w pracy i myślę o pływaniu. O wodzie w ogóle. Musiałam pójść na
basen, żeby wciąż przeżywać spływ, podczas którego starałam się jak najczęściej
zanurzać w jeziorach i rzekach. Czystych! Orzeźwiających! Nur w wodę to
najprzyjemniejsza rzecz na świecie. Zwłaszcza gdy żar z nieba przelewa się
przez Ciebie rzeką potu i smrodu. Mózg się gotuje, skóra parzy, świat zaczyna
parować. To jest najlepszy moment na to by wejść do wody po sam czubek głowy. W
zeszłym roku, gdy pojechałam z Doris nad jezioro pod Toruniem, było tak duszno,
że wskakując do wody, zapomniałam zdjąć okulary. Nigdy wcześniej podwodny świat
nie był tak wyraźny.
Na spływie Słupią bywało róźnie z wyraźnością obrazu, gdyż jak zwykle zdjęłam okulary by ich nie zgubić gdzieś w odmętach wody. Czasem widziałam skały tam, gdzie nie było nawet kamyka, ale generalnie poradziłam sobie z drganiem kolorów i kształtów, z ich niezwykłym tańcem i brakiem czytelności. Zwłaszcza w momentach, gdy przyszpiliła mnie pokusa.
Płynęłyśmy z Mończą przez rzekę, zakręt za zakrętem, drzewa, mielizny. Bardzo ładny fragment rzeki. Łąki, lasy wymieniają się w krajobrazowej sztafecie. Czuć wielki oddech, nagle dociera do nas podmuch wiatru, więc łudzimy się, że za kolejnym drzewem będzie jezioro (ten świeży zapach!), do którego zmierzamy. Jest upalnie a woda wygląda kusząco. Zanurzam rękę i nie mogę się doczekać, kiedy wskoczę cała a woda mnie opatuli. Prułyśmy jak głupie, bez przerwy wyobrażając sobie ten moment mroźnego orgazmu. Minęłyśmy wszystkich kajakarzy, którzy wcześniej wyprzedzili nas, gdy czekałyśmy na naszych marynarzy rzeki Słupi. Albo nawet mocniej - żeglarzy, którzy postanowili pokonać rzekę jedynkami. Oni tam swoje papierosy kurzyli gdzieś w przyjemnym cieniu drzew, my natomiast, trochę podchmielone zbyt wielką dawką słońca, prowadziłyśmy mocno natchnione rozmowy o bzykaniu, bo pogoda podkręcała nastrój. Lato, figle w głowie. Wyprzedzamy więc członków kajakowej oazy i pędzimy na złamanie karku. Jakieś nadludzkie moce w nas wstąpiły. Mijani ludzie powoli pokonują przeszkody a my się nie szczypiemy. Przerzucamy kajak przez kolejne drzewa, wynosimy na brzeg i ciągniemy jak woły, taplamy się w błocie i mule. Bez zastanowienia. Nawet kajak zaczął nas słuchać i nie wpadamy co rusz w nowe krzaki. Może też już się stęsknił za jeziorem.
Płynęłyśmy z Mończą przez rzekę, zakręt za zakrętem, drzewa, mielizny. Bardzo ładny fragment rzeki. Łąki, lasy wymieniają się w krajobrazowej sztafecie. Czuć wielki oddech, nagle dociera do nas podmuch wiatru, więc łudzimy się, że za kolejnym drzewem będzie jezioro (ten świeży zapach!), do którego zmierzamy. Jest upalnie a woda wygląda kusząco. Zanurzam rękę i nie mogę się doczekać, kiedy wskoczę cała a woda mnie opatuli. Prułyśmy jak głupie, bez przerwy wyobrażając sobie ten moment mroźnego orgazmu. Minęłyśmy wszystkich kajakarzy, którzy wcześniej wyprzedzili nas, gdy czekałyśmy na naszych marynarzy rzeki Słupi. Albo nawet mocniej - żeglarzy, którzy postanowili pokonać rzekę jedynkami. Oni tam swoje papierosy kurzyli gdzieś w przyjemnym cieniu drzew, my natomiast, trochę podchmielone zbyt wielką dawką słońca, prowadziłyśmy mocno natchnione rozmowy o bzykaniu, bo pogoda podkręcała nastrój. Lato, figle w głowie. Wyprzedzamy więc członków kajakowej oazy i pędzimy na złamanie karku. Jakieś nadludzkie moce w nas wstąpiły. Mijani ludzie powoli pokonują przeszkody a my się nie szczypiemy. Przerzucamy kajak przez kolejne drzewa, wynosimy na brzeg i ciągniemy jak woły, taplamy się w błocie i mule. Bez zastanowienia. Nawet kajak zaczął nas słuchać i nie wpadamy co rusz w nowe krzaki. Może też już się stęsknił za jeziorem.
Jeziora są trudniejsze do pokonania rzecznym kajakiem. Jak to mówi Doris: należy nieustannie pedałować. Dla mnie, rowerowej fanatyczki, brzmi to całkiem dobrze. Rąk nie mam co prawda tak silnych jak nogi, ale lubię wysiłek i zmęczenie. Nie mówiąc o wyzwaniach. Gdyby jeszcze ktoś rzucił: nie dasz rady, tym bardziej by mnie to ekscytowało. Jeziora na tym spływie dostarczyły mi wielu uciech. Po pierwsze - nieustanne i soczyste nury w głębiny. Po drugie - rozgrzanie mięśni ramion, przyjemny ich ból. Po trzecie - nurt nas nie spychał w pokrzywy, czy na wystające z wody gałęzie, wyglądające jak wielkie pazury rzecznej wiedźmy, która czyha na naiwne i niedoświadczone kajakarki. I wreszcie po czwarte - widoczki z łabędziem (niemym) w tle. Płyniesz, mówisz jak pięknie, bo błękit nieba, fale srebrzyste, na brzegu paleta zieleni, w locie ptak drapieżny, czy lepiej łabądek, a tu nagle, bęc, kupa w wodę. Tak jakby ptaki chciały nam przekazać: sramy na Wasze opinie o naszym domu. Jest tu jak jest. Nie inaczej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz