wtorek, 30 lipca 2013

Rzeka i ludzie. Powolny powrót do cywilizacji.

Białogard. Tuż przed spotykamy pierwszych ludzi. I to w takiej dość sporej masie. Z czterdzieści kajaków. Dzieciaki, starsi, tłuste baby, laski i nawet ludzie z AA (a my w Białogardzie, do którego ta dzika ekipa również dopłynęła, z browarem, nad gorącą pizzą, której nie chcieli nam dowieźć wraz z nami samymi nad rzekę, bo mieli tylko skuter, z Julkiem więc gnałam przez gorące miasto parząc ręcę od pudełka). Po trzech dniach płynięcia taki szok. Wpłynęliśmy w tę grupę poprzez krowy, które szukały chłodu w rzece i cieniu. Patrzyły na nas tymi wielkim oczami, pogodzone z tym, kim są. Innymi słowy: miały to wszystko gdzieś. My lekko przestraszeni, to znaczy ja i Doris, bo chłopaki nie dali po sobie nic poznać. Zimna krew. Jak to chłopaki. Wcześniej migali nam, po lewej bądź prawej stronie, schowani pod drzewami, pojedynczy wędkarze, którzy nie byli raczej przychylni wobec nas, bo przecież jesteśmy jak szkodniki, ryby im płoszymy. I takie padały wykrzykniki: „a dużo Was tam jeszcze?!”.



Innym świadectwem, że gdzieś tam w okolicach rzeki się szwendali ludzie były śmieci w wodzie, nawet opony od TIRa. Na szczęście rzadkość. Niektórzy lubią srać we własne gniazdo – taka gorzka myśl mnie naszła, ale starałam się zapomnieć, bo niby jak mam to zmienić. Nawet gdybym wyniosła te opony, czy nie pojawiłyby się następne?


Trzy dni dzikiej rzeki, człowiek sam zaczyna dziczeć. Dobrze, że tych ludzi tak mało, bo jest spokojnie. To znaczy ani las ani rzeka ciche nie są. Nieustanny szum. Ale ten szum jest w granicach normy. Ludzie szumiący przekraczają wszelkie normy, ciskają decybelami. Potem się dziwimy, że stres w naszych czasach na coraz wyższym poziomie. Okej, ja też jestem tym człowiekiem, który szumi zbyt mocno. Tego nie da się zmienić. Czy jesteśmy coraz głośniejsi? Czy kiedyś byliśmy tak cisi jak te zwierzaki, które skradają się i podglądają nas, dziwne stwory, płynące przez ich terytorium? Zza krzaka, z gałęzi drzewa, zza chmury, spod wody. Patrzą na nas i czy stawiają sobie pytanie o sens tego naszego płynięcia?


Łabędzie nie zaatakowały nas za to, że je mijamy, chociaż niezła gromadka dzieciaków, małych, nastroszonych szaraków, mogła być zapowiedzią krwawej bitki, w której to my byśmy przegrali. To było tuż za śmierdzącym w wodzie dzikiem. Mogliśmy podzielić jego los. Z kopytami w górze, z głową w mule. Ale łabędzie nie chciały swady, popłynęły cicho lewą stroną, a my swoją. Też cicho. Myślę, że tym razem chłopaki trochę byli spięci. Bo jak taki łabędź by mi podfrunął do oka? I z dziobu? Szast-prast i jesteś jak pirat, z opaską na oku i przerażającą mordą (zastygłą w przerażeniu).

Za Białogardem, przed Karlinem. Mamy taki cel, żeby tam dopłynąć, bo w opisie rzeki jest napisane, że właśnie w tej miejscowości jest przygotowana przystań dla kajakarzy za pieniądze unijne. Daleko to jest, ale dobrze się nam płynie i  na tym odcinku rzeka to już bardziej autostrada niż zawalona przeszkodami ścieżka, więc jest jednomiarowo, w rytmie. Dopływamy do przenoski i tubylcza młodzież pomaga nam z przenoszeniem kajaków. Mówią: my Wam tu nocleg u wójta załatwimy, zostańcie. My jednak pobudzeni, chcemy płynąć dalej. Wioskowi na to: w tym Karlinie to sami debile mieszkają, nie pakujcie się tam. Okej, jakieś tam wioskowe animozje. Ignorujemy. Do Karlina dopływamy późno, raczej wieczorową porą. Jeszcze jest jasno, ale pogoda się psuje. Na przystani głusza, nicość, może parę butelek się przewala. Julek pobiegł na komisariat dowiedzieć się, czy bezpiecznie jest się rozbijać, bo to podejrzane, że taka duża przestrzeń i zero kajaków. Policjantka mówi: ja bym się rozbijała, ale Wam nie radzę. Julek też mówi, że miejscowi patrzyli na niego spode łbów, odwrotnie od przyjaznego nastawienia wcześniej napotkanych chłopaków.


Płyniemy dalej. Dopadło nas zmęczenie a jak na złość nigdzie nie widzimy miejsca na biwak. Zostawiliśmy Karlino za sobą, ulga. Po jakimś czasie, bardziej na siłę niż z zakochania się od pierwszego wejrzenia, wciągamy kajaki na brzeg. Wysoki próg, potem pokrzywy i rozciągłe pole. Komary, osy. Wybieramy najbardziej sprzyjające miejsce, chociaż to jest naprawdę trudne. Rozstawione namioty wśród zboża, zaczyna padać, jeszcze grzejemy jakieś zupy i inne ciepłe kluchy. Siedzimy w namiocie, w czwórkę, drugi namiot świeci pustką. Zupa i wódka. Rozszalało się poza pałatką. Deszcz wali i nadchodzi burza, zbliża się, grzmocąc tu i ówdzie, dając ujście wielkiemu, elektrycznemu napięciu. Wódka do czysta. Grymas, ble. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…kilometrów, grzmot! Skulamy się w pozycję embrionalną. Odliczamy, pijemy. Coś tam mówimy, słowa jak magia, by uspokoić skołatane nerwy. Dużo nie wypiłam, ale nie pamiętam, co dalej. Może nadszedł szybki sen? Następnego dnia wstałam z dobrym przeczuciem, że przeżyłam burzę. I Karlino, pełne ludzi, wyciętych jakby z piekła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz