Przed Rynną Sulęczyńską prawie połknęłam swoje serce ze strachu, tak wysoko
mi podeszło, jakby wjechało sobie windą na sam szczyt. Może chciało zapukać do
mózgu i spytać: halo, halo, czy jest tam ktoś? Co dziwne, po Rynnie czułam
jednocześnie ulgę i potrzebę przepłynięcia tego fragmentu jeszcze raz! A może i
jeszcze, jeszcze, jeszcze! Do utraty tchu!
Czym jest Rynna? Górskim fragmentem nizinnej rzeki. Groźniejszym obliczem
Słupi. Powinno się ją płynąć jedynką, bo to dostarcza większej przyjemności. Czy
miałam niezbędne umiejętności na ten fragment? Myślę, że nie. Myślę, że sporo mnie
jeszcze czeka nauki w pływaniu kajakiem. Czy mnie to przeraża? Wręcz
przeciwnie.
Oglądałam filmiki (zimowe!) z Rynny innych kajakarzy, z otwartą buzią, bo
jak opanować podziw, chociaż nie wygląda to wszystko tak przerażająco, ale
pamiętam to, co czułam i jak wyglądała Rynna z perspektywy kajaka. Czytałam też
znaleziony gdzieś na google „poradnik kajakarski” i dowiedziałam się o różnych
manewrach, stosowanych przez kajakarzy, które zabezpieczają przed
wypadkami na rzekach górskich.
O czym sobie pomyślałam? Że człowiek jednak nie do końca wierzy w to, że
coś mu się może stać. Myśli, że jest niezniszczalny. A może ta wiara w
stalowość jego ciała powoduje, że stać go na więcej? Że tylko dlatego potrafi
przekroczyć granicę. Pomyślałam też, że im mniej wiemy tym mniej się boimy.
Namówiłam Rafała, który nigdy nie pływał kajakiem po rzece, żeby mi
towarzyszył. I to zaraz, teraz, już, gdyż po spływie Słupią wciąż nie mogłam
się uspokoić. Chciałam wrócić do tego wodno-lądowego świata. I od razu wskoczyć
do jedynki! Wybrałam rzekę Wełnę, odcinek od Wągrowca do Obornik. Gaduła, od
którego wypożyczyłam kajaki, zdziwił się, że taką rzekę na pierwszy raz biorę.
Mówię: Rafał się szybciutko uczy, w mig się
połapie, o co chodzi w kajakowaniu.
Wełna to piękny świat, chociaż nie tak czysty jak rzeki północne. Trochę ta
rzeka jajkiem śmierdziała, więc niechętnie z wychodzeniem z kajaka. Ale też
utrudniał to fartuch, który ochraniał przed wlatywaniem wody do środka. Trzeba
było sobie radzić bez wychodzenia. Gaduła: na
tym polega cała zabawa w jedynkach, żeby nie wyjść ani razu i największe
przeszkody pokonywać kajakiem. Myślę o Parsęcie i zastanawiam się, czy
jakiś zapalony „jedynkarz” tamtędy przeleciał nad tymi wszystkimi
drzewami-bydlakami. Pewnie znalazł się chociaż jeden! Na tę myśl mięknie mi
serce. Chciałabym zobaczyć tego śmiałka. I siłacza!
Rafała kajak jest mocno zwrotny i nie chce słuchać tego, co ma mu do
powiedzenia. Od brzegu do brzegu. Jednak nie przestaje próbować, walczyć i
fragmentami bardzo ładnie płynie. Nieźle
Ci idzie! Wow! – ten okrzyk nastąpił po tym, gdy Rafał, siedząc już dawno w
jedynce, na jeziorze, wciągnął mój kajak na wodę z brzegu, przy czym 2/3 łódki
stało na lądzie. Co za siła, jak wół! Nie
mam techniki, to muszę czymś nadrabiać! - śmiał się.
Przenoski, wartki nurt, sztuczne progi, zwalone drzewa, ciasne korytarze
wśród wysokich trzcin, labirynty między tatarakami, co rusz zimorodek, czapla,
mnóstwo jakiegoś ptactwa. Rafała świerzbiło, żeby robić kolejne zdjęcia. Pogoda
miała być do bani, a cały czas płyniemy w słońcu. Wszystko układało się po
mojej myśli.
Kolejny próg! – krzyczy Rafał – jaki wielki! Tamte progi to nic, to fraszka jedynie. I przerażenie
w oczach. Mówię, żeby nie płynął środkiem, ale Rafał już się psychicznie
zblokował i stało się najgorsze. Stanął bokiem do progu, nurt go zepchnął.
Spłynął tyłem. Ulżyło mi, bo się nie wywrócił. Okej, teraz parę razy silniej do
tyłu machnie wiosłem i jest bezpieczny. Ale paraliż i strach spowodowały, że
nie wykonał żadnego ruchu i wir go wciągnął pod wodę. Stałam w miejscu, czekając
na swoje spłynięcie z progu i nagle widzę, że wszystko znika, Rafał, kajak,
wiosła, więc szaleńczo do przodu. Tylko co robić? Co teraz? Wyskoczyć z łódki?
Po chwili jednak widzę Rafała na powierzchni. Próbuje ratować kajak, cały
ciężki od wody. I do tego ja na niego skaczę z moim kajakiem, bo już trudno
jest mi się zatrzymać. W końcu, po dość długiej walce z żywiołem, Rafałowi
udaje się wyrwać jedynkę z paszczy odwoju. Pierwszy jego ruch po dopchnięciu
kajaka do brzegu? Wyrzuca worek z aparatem. Wpychamy kajaki na łąkę, ciężko,
uff. Wyrzucamy wszystko z worków, które przesiąkły do cna Wełną. Rafał
gorączkowo otwiera woreczek z aparatem i niestety, zalany.
Dalsza część spływu odbyła się w ciszy. Po kilku godzinach płynięcia, gdy
dotarliśmy do Rogoźna, poprosiłam o przerwę, bo żołądek już mi się przyklejał
do pleców, a wafelki na drogę straciliśmy w wywrotce. Wczołgujemy się na jakieś
pole. Chleb z paprykarzem. Posypuję koperkiem i połykam na szybko trzy kromki.
Rafał otwiera sobie piwo. Mmmm, jakie
dobre. Widzę w nim napięcie. Mówię, że nie musimy płynąć dalej, śpiwory i
tak mamy całe mokre. Zadzwonimy po kolesia od kajaków, przyjedzie i skończymy
ten spływ a kiedyś tu wrócimy. Wysuszysz
sobie w domu aparat, może się go jeszcze uratuje!
Jestem wodne zwierzę i patrzę tak na innych, że ich od razu też to
wciągnie. Rzeki, jeziora, kajak. Myślałam, że Rafał się z miejsca zakocha, ale
dowaliłam mu taki temat na początek, że ze zdziwieniem przyjęłam jego pozytywną
reakcję na moje: wracamy na rzekę!,
gdy okazało się, że udało mu się uratować sprzęt.
Mało wiem o rzece, chociaż wydawało mi się, że jestem ostrożna. W tym
przypadku mózg mi zalało jednak po-spływowe podniecenie. Cieszę się, że mimo
wszystko Rafał chce poznać wciąż ten świat. Odważny jest. Niebawem napiszę do
Gaduły by wybrał nam lżejszą rzekę.
W ogóle nie chcę myśleć o
dwójce – po wszystkim
powiedział mi Rafał.
Po płynięciu jedynką, podpisuję się pod tym obiema rękami.
Tylko ja i mój kajak!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz