czwartek, 15 sierpnia 2013

Pojedynek jedynek.

Przed Rynną Sulęczyńską prawie połknęłam swoje serce ze strachu, tak wysoko mi podeszło, jakby wjechało sobie windą na sam szczyt. Może chciało zapukać do mózgu i spytać: halo, halo, czy jest tam ktoś? Co dziwne, po Rynnie czułam jednocześnie ulgę i potrzebę przepłynięcia tego fragmentu jeszcze raz! A może i jeszcze, jeszcze, jeszcze! Do utraty tchu!

Czym jest Rynna? Górskim fragmentem nizinnej rzeki. Groźniejszym obliczem Słupi. Powinno się ją płynąć jedynką, bo to dostarcza większej przyjemności. Czy miałam niezbędne umiejętności na ten fragment? Myślę, że nie. Myślę, że sporo mnie jeszcze czeka nauki w pływaniu kajakiem. Czy mnie to przeraża? Wręcz przeciwnie.


Oglądałam filmiki (zimowe!) z Rynny innych kajakarzy, z otwartą buzią, bo jak opanować podziw, chociaż nie wygląda to wszystko tak przerażająco, ale pamiętam to, co czułam i jak wyglądała Rynna z perspektywy kajaka. Czytałam też znaleziony gdzieś na google „poradnik kajakarski” i dowiedziałam się o różnych manewrach, stosowanych przez kajakarzy, które zabezpieczają przed wypadkami na rzekach górskich.
O czym sobie pomyślałam? Że człowiek jednak nie do końca wierzy w to, że coś mu się może stać. Myśli, że jest niezniszczalny. A może ta wiara w stalowość jego ciała powoduje, że stać go na więcej? Że tylko dlatego potrafi przekroczyć granicę. Pomyślałam też, że im mniej wiemy tym mniej się boimy.
Okej, po Rynnie ulga, ale i potrzeba wypożyczenia jedynki, żeby zmierzyć się z samą sobą.


Namówiłam Rafała, który nigdy nie pływał kajakiem po rzece, żeby mi towarzyszył. I to zaraz, teraz, już, gdyż po spływie Słupią wciąż nie mogłam się uspokoić. Chciałam wrócić do tego wodno-lądowego świata. I od razu wskoczyć do jedynki! Wybrałam rzekę Wełnę, odcinek od Wągrowca do Obornik. Gaduła, od którego wypożyczyłam kajaki, zdziwił się, że taką rzekę na pierwszy raz biorę. Mówię: Rafał się szybciutko uczy, w mig się połapie, o co chodzi w kajakowaniu.
Wełna to piękny świat, chociaż nie tak czysty jak rzeki północne. Trochę ta rzeka jajkiem śmierdziała, więc niechętnie z wychodzeniem z kajaka. Ale też utrudniał to fartuch, który ochraniał przed wlatywaniem wody do środka. Trzeba było sobie radzić bez wychodzenia. Gaduła: na tym polega cała zabawa w jedynkach, żeby nie wyjść ani razu i największe przeszkody pokonywać kajakiem. Myślę o Parsęcie i zastanawiam się, czy jakiś zapalony „jedynkarz” tamtędy przeleciał nad tymi wszystkimi drzewami-bydlakami. Pewnie znalazł się chociaż jeden! Na tę myśl mięknie mi serce. Chciałabym zobaczyć tego śmiałka. I siłacza!

Rafała kajak jest mocno zwrotny i nie chce słuchać tego, co ma mu do powiedzenia. Od brzegu do brzegu. Jednak nie przestaje próbować, walczyć i fragmentami bardzo ładnie płynie. Nieźle Ci idzie! Wow! – ten okrzyk nastąpił po tym, gdy Rafał, siedząc już dawno w jedynce, na jeziorze, wciągnął mój kajak na wodę z brzegu, przy czym 2/3 łódki stało na lądzie. Co za siła, jak wół! Nie mam techniki, to muszę czymś nadrabiać! - śmiał się.
Przenoski, wartki nurt, sztuczne progi, zwalone drzewa, ciasne korytarze wśród wysokich trzcin, labirynty między tatarakami, co rusz zimorodek, czapla, mnóstwo jakiegoś ptactwa. Rafała świerzbiło, żeby robić kolejne zdjęcia. Pogoda miała być do bani, a cały czas płyniemy w słońcu. Wszystko układało się po mojej myśli.

Kolejny próg! – krzyczy Rafał – jaki wielki! Tamte progi to nic, to fraszka jedynie. I przerażenie w oczach. Mówię, żeby nie płynął środkiem, ale Rafał już się psychicznie zblokował i stało się najgorsze. Stanął bokiem do progu, nurt go zepchnął. Spłynął tyłem. Ulżyło mi, bo się nie wywrócił. Okej, teraz parę razy silniej do tyłu machnie wiosłem i jest bezpieczny. Ale paraliż i strach spowodowały, że nie wykonał żadnego ruchu i wir go wciągnął pod wodę. Stałam w miejscu, czekając na swoje spłynięcie z progu i nagle widzę, że wszystko znika, Rafał, kajak, wiosła, więc szaleńczo do przodu. Tylko co robić? Co teraz? Wyskoczyć z łódki? Po chwili jednak widzę Rafała na powierzchni. Próbuje ratować kajak, cały ciężki od wody. I do tego ja na niego skaczę z moim kajakiem, bo już trudno jest mi się zatrzymać. W końcu, po dość długiej walce z żywiołem, Rafałowi udaje się wyrwać jedynkę z paszczy odwoju. Pierwszy jego ruch po dopchnięciu kajaka do brzegu? Wyrzuca worek z aparatem. Wpychamy kajaki na łąkę, ciężko, uff. Wyrzucamy wszystko z worków, które przesiąkły do cna Wełną. Rafał gorączkowo otwiera woreczek z aparatem i niestety, zalany.
Dalsza część spływu odbyła się w ciszy. Po kilku godzinach płynięcia, gdy dotarliśmy do Rogoźna, poprosiłam o przerwę, bo żołądek już mi się przyklejał do pleców, a wafelki na drogę straciliśmy w wywrotce. Wczołgujemy się na jakieś pole. Chleb z paprykarzem. Posypuję koperkiem i połykam na szybko trzy kromki. Rafał otwiera sobie piwo. Mmmm, jakie dobre. Widzę w nim napięcie. Mówię, że nie musimy płynąć dalej, śpiwory i tak mamy całe mokre. Zadzwonimy po kolesia od kajaków, przyjedzie i skończymy ten spływ a kiedyś tu wrócimy. Wysuszysz sobie w domu aparat, może się go jeszcze uratuje!

Jestem wodne zwierzę i patrzę tak na innych, że ich od razu też to wciągnie. Rzeki, jeziora, kajak. Myślałam, że Rafał się z miejsca zakocha, ale dowaliłam mu taki temat na początek, że ze zdziwieniem przyjęłam jego pozytywną reakcję na moje: wracamy na rzekę!, gdy okazało się, że udało mu się uratować sprzęt.
Mało wiem o rzece, chociaż wydawało mi się, że jestem ostrożna. W tym przypadku mózg mi zalało jednak po-spływowe podniecenie. Cieszę się, że mimo wszystko Rafał chce poznać wciąż ten świat. Odważny jest. Niebawem napiszę do Gaduły by wybrał nam lżejszą rzekę.
W ogóle nie chcę myśleć o dwójce – po wszystkim powiedział mi Rafał.
Po płynięciu jedynką, podpisuję się pod tym obiema rękami.
Tylko ja i mój kajak!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz