Kraina wielkich jezior słynie, jakby nie było, z jezior, co dla każdego, nawet najbardziej nierozgarniętego człowieka, jest oczywiste. Ironia losu potrafi jednak sprawić, że w poszukiwaniu jeziora możesz stracić cały dzień. Dodajmy: duszny dzień w nachalnym słońcu, z upierdliwymi muchami, jeszcze bardziej złośliwymi gzami i niesamowitą potrzebą wypoczynku.
W naszej wyprawie po Mazurach wybraliśmy sobie jeden dzień, podczas którego chcieliśmy po prostu odpocząć. Wyciągnąć kopyta, napić się piwa, zjeść loda, kąpać się w jeziorze do utraty tchu. Typowy wakacyjny relaks, na który zasłużyliśmy, gdyż pedałowaliśmy dzień w dzień.
Noc spędziliśmy w Giżycku, w hostelu na Twierdzy Boyen. Była to noc wręcz wymarzona, gdyż mogliśmy skorzystać z prysznica oraz z możliwości napicia się zimnego piwa na terenie Twierdzy. Sącząc piwko zaznaliśmy dodatkowej frajdy, ponieważ na teren Twierdzy wkroczyła horda dzieciaków, która bawiła się w nocne podchody. Szalenie im tej zabawy zazdrościłam. Rafał stwierdził, że nic by się nie stało, gdybym chciała dołączyć, ale zabrakło mi śmiałości.
O poranku postanowiliśmy podjechać do naszego ulubionego baru "Po drodze", niedaleko dworca pkp, żeby napić się porządnej kawy i zjeść dobrą zupę. Na tej wyprawie każdego dnia staraliśmy się zjeść porządne śniadanie i zawsze mieć przy sobie zapas wody. Nie chcieliśmy by przygodę przerwało wydarzenie spowodowane głupotą w stylu: zapomniałem zjeść śniadania! Jest gorąco a nie mam co pić! Na tej dzikiej wyprawie mogliśmy liczyć tylko na siebie. Dwa obładowane rowery i mdlejący towarzysz? Wydaje mi się to średnio zabawne!
Pokrzepieni śniadaniem, dopijając mocną kawę, pochylaliśmy się nad mapą. Nad jezioro było niecałe 13 kilometrów, więc pikuś. Do zrobienia w niecałą godzinkę. Tymczasem wpadłam na pomysł by zamiast nudną szosą, pojechać szlakiem o pięknej nazwie: Błękitna Wstęga Jezior. Ciut dalej, ale zobaczymy kawał fajnej przyrody.
Jechaliśmy przez ładne lasy i łąki, w szale dobrego nastroju, z wizją, że w ten mocno gorący dzień, zaraz na wariata wskoczymy do wody się popluskać. Po 20 kilometrach dotarliśmy do wioski, w której na drzwiach świetlicy wisiała kartka: Jesteśmy na spacerze w lesie. Siedliśmy na schodkach przed tą wspaniałą kartką i zajadaliśmy lody.
W końcu zaraz nastąpi plusk, możemy chwilę podumać! Przynajmniej tak mówiła do mnie mapa. Jak bardzo się myliłam, dowiedziałam się po chwili, gdy szlak nagle zniknął z drzew a miejscowi starali się nam wytłumaczyć drogę nad jezioro. Posłuchaliśmy dobrych rad i zawróciliśmy a potem już tylko błądziliśmy po lasach. Było coraz bardziej gorąco a frustracja dopadała zmęczone ciała. Rafał postanowił włączyć komórkę i skorzystać z GPS'a. Ten pokierował nami tak, że dojechaliśmy w pewnym momencie do zupełnie innego szlaku. Rzut okiem na mapę: aha, jesteśmy tutaj, już wiem jak jechać dalej! Przestałam się stresować i znów rozkoszowałam się jazdą na rowerze w pięknych okolicznościach przyrody. Trasa była świetnie położona, więc w ogóle nie żałowaliśmy, że się tam znaleźliśmy. Gdyby nie ten przypadek, to nie zobaczylibyśmy tego pięknego terenu, gdyż Rafał chciał jeździć tylko wśród jezior i szerokim łukiem omijał miejsca, które na mapie nie sąsiadowały z niebieskimi plamami.
Po niedługim czasie dotarliśmy do wioski, która leży nad dwoma jeziorami. Rafał strasznie zgłodniał, więc weszliśmy do baru na frytki, piwo i coca-colę. Po konsumpcji wybrałam drogę i wesoło ruszyliśmy przed siebie. Zaraz mieliśmy być nad jeziorem, więc cóż z tego, że Rafałowi szumiało w głowie po napiciu się małego piwa!
Po paru kilometrach okazało się, że źle obrałam kierunek i nad jezioro nie trafimy, chyba że chce nam się wracać taki szmat drogi! Było szalenie gorąco. Pot ściekał z nas strumieniami. Siadłam na pustym przystanku autobusowym na ławkę i rozpłakałam się na dobre, że nad to jezioro nigdy nie trafimy a tak miałam ochotę na odrobinę odpoczynku w chłodnej wodzie!
Rafał się rozczulił, podał mi chusteczkę, poklepał po główce i stwierdził, że jedziemy dalej. Jest ładny dzień, pogoda sprzyja a do wioski, w której niedawno jedliśmy dobre pierogi, jest już w sumie niedaleko. Zrobiliśmy 40 kilometrów, nic nam się nie stanie, jeżeli machniemy jeszcze 20!
Wizja pierogów przeważyła! Żołądek domagał się strawy! Już dawno zapomniał o porannej zupie! Poza tym wiedziałam, że w wiosce jest jezioro i ciekawe miejsce na nocleg, które obiecaliśmy sobie sprawdzić.
Wieczorem wyjęłam z plecaka stare szprychy od roweru i na rozpalonym ognisku zrobiliśmy sobie grill'a. Te szprychy to pomysł Rafała. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu na Mazury, strasznie go przeklinałam za to, że muszę brać jakieś zardzewiałe, stare i niepotrzebne żelastwo. W tym miejscu odkryłam, że jednak było warto. Wieczorem na szprychach usmażyliśmy kiełbaski, natomiast rano Rafał zaparzył mi kawę. Bardzo często wspominam tę mocną, aromatyczną kawę, której picie było przerywane pływaniem w jeziorze. Łyk gorąca, nur w zimno. A słońce sobie wisi na niebie i przyjemnie grzeje.
Wracając jeszcze jednak do wieczoru dnia zagubienia. Cieszyliśmy się jak dzieci, rozpamiętując te dziwne wydarzenia. Ja głównie analizowałam mapę i próbowałam rozszyfrować, gdzie popełniliśmy błąd. Nie siedzieliśmy jednak długo w noc. Szybko zjedliśmy kiełbaski i schowaliśmy się w namiocie, gdyż komary nie dawały nam spokoju. Przez siatkę na komary, z namiotu, obserwowaliśmy spokojną taflę jeziora, w której odbijał się księżyc. Relaks nad jeziorem zdecydowanie został odhaczony!
Wracając jeszcze jednak do wieczoru dnia zagubienia. Cieszyliśmy się jak dzieci, rozpamiętując te dziwne wydarzenia. Ja głównie analizowałam mapę i próbowałam rozszyfrować, gdzie popełniliśmy błąd. Nie siedzieliśmy jednak długo w noc. Szybko zjedliśmy kiełbaski i schowaliśmy się w namiocie, gdyż komary nie dawały nam spokoju. Przez siatkę na komary, z namiotu, obserwowaliśmy spokojną taflę jeziora, w której odbijał się księżyc. Relaks nad jeziorem zdecydowanie został odhaczony!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz