niedziela, 14 lipca 2013

Dlaczego jadę dalej?


Jak to jest, że poszukujemy wrażeń, o których później nie pamiętamy, gdyż zaraz, za rogiem, tuż po wspaniałym weekendzie, pełnym "dziania się", pojawiają się potrzeby dalszych poszukiwań? Nieustające pragnienie? Czy to instynktowne, wynikające z początków ludzkości? Byle mieć dom i napełnić brzuch. Byle znaleźć kąt, w którym czujemy, że tu i teraz jest wielkie i do nas przemawia. Pod tym względem ja, człowiek cierpiący na tzw. ADHD podróżnicze, jestem prymitywna i sięgam sobą do pra-początków, do źródeł ludzkości. Mogłabym wcale nie osiadać nigdzie na stałe, lecz w poszukiwaniu wody oraz pożywienia, pokonywać nie tylko setki kilometrów, ale także siebie samą i swoje słabości. Prawdopodobnie dlatego nie chcę brać kredytów by uwić sobie gniazdko, lecz całą swoją energię poświęcam na to by być Nomadą, wagabundą, wiecznym tułaczem. Nie chodzi o to by pokonywać setki kilometrów by być w podróży. Nie chodzi ani o czas ani o przebyte kilometry. W żadnym przypadku też o zaliczanie celów, turystycznych "muszę tam być, zobaczyć, zrobić fotkę". O nie. Ale na początku podróżowanie właśnie tak wygląda, chociaż nie chcesz tego i wydaje Ci się, że właśnie Ty jesteś nie tyle wyjątkowym turystą, bo nie chcesz się tak określać, ale przede wszystkim Odkrywcą! Nie. Początki są zawsze takie same. Kupujesz przewodnik, nakreślasz wielkie plany, które w zetknięciu z rzeczywistością pryskają, co nie znaczy, że przygoda nie była warta dziania się. Po czym, po bożemu, jakbyś uprawiał seks na misjonarza, wkraczasz w przygodę z powagą. Idziesz utartym szlakiem, dochodzisz do miejsc szczególnych, gdyż zaznaczonych na mapie. Podobają Ci się, zachwyt, strzał aparatem, koniec zachwytu, następny! W pośpiechu! W końcu urlop zaraz się kończy a do zobaczenia takie mnóstwo! Tu widoczek, tam smaczek, gdzie indziej pamiąteczka. Co zostaje po takich wakacjach? Czy je w ogóle pamiętamy? 



Zanim doceniłam wpisywanie siebie w określony krajobraz, poprzez które potrafiłam zgłębić nowy świat, myślałam właśnie tak: zobacz jak najwięcej, zachwyć się a potem podziel się tym z innymi, krzycząc Musisz tam jechać! Nie mówię o wakacjach z rodzicami, gdy byłam dzieckiem i regularnie jeździliśmy w góry. Wtedy poddawałam się regułom wakacji z dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi, którzy myślą za mnie. Mówię o moim pierwszym, "odważnym" wyjeździe, gdy zdecydowałam się z Rafałem pojechać na trzy tygodnie w trasę przez Ukrainę i Rumunię. Romantyczny zryw pasjonatki literatury, która była tak nią zamroczona, że zapomniała jaką siłę niesie za sobą dobry tekst literacki. Poryw serca zmienił się w nieudolność, chociaż uroczą i ciekawą, ale wciąż szczeniacką. To było dziewicze poznawanie sensu podróżowania a nie poznawanie Ukrainy, czy Rumunii. Coś tam dla siebie zabrałam, ale jak na trzy tygodnie w podróży, to cholernie mało. Więcej teraz potrafię wyciągnąć z weekendu w drodze niż wtedy z tej szalenie długiej włóczęgi. 



O co właściwie chodzi?

O to by nie planować. By każdy dzień był zaskoczeniem. By być elastycznym i nie napinać się, że ten plan, który sobie założyliśmy musi koniecznie się spełnić, bo inaczej spotka nas to samo, co Marię Antoninę. Stracimy głowę! Ogłuchniemy, oślepniemy. Będziemy słyszeć tylko tykającą bombę słów: musisz, musisz! To jedyna taka okazja!!!

Po moim pierwszym, samodzielnie zaplanowanym wyjeździe, pamiętam przede wszystkim te momenty, w których postanowiliśmy sobie odpuścić. W Odessie zobaczyliśmy te wielkie schody. I co? Nic. Na samym szczycie sprzedawali lody. Było gorąco. Ściekały po palcach. Usiedliśmy w cieniu krzaków. Siedząc tam, stwierdziliśmy, że nie chce nam się nic więcej i idziemy posłuchać miasta. Jego szeptów, krzyków, jego radości i dramatów. Zobaczyć krzykliwe stroje, pomalowane paznokcie, panterki, tatuaże na łydkach. Nocą obserwowaliśmy żurawie w porcie. I pijanych ludzi, bezdomne psy, których teraz już prawdopodobnie nie zobaczymy. Kochaliśmy się w hotelu-labiryncie, pełnym dziwnych korytarzy, tuż nad podwórkiem z setką kotów. Tapicerka drapała w plecy, było duszno. Nie było prysznica lecz obdrapana umywalka. 


Teraz, gdy wyjeżdżam, nie nastawiam się na to, co muszę zobaczyć, żeby wyjazd stał się wyjazdem w pełni. Nie zobaczę? No to będzie pretekst by przyjechać po raz kolejny. I może zobaczyć nie tylko coś nowego, ale coś więcej i głębiej. Świadomie nie napisałam: powrócić.


Powrotów nie ma. Jedziemy dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz