niedziela, 30 czerwca 2013

Pierwsza taka wyprawa - przygotowanie.

Hej ho, hej ho, na rowery by się szło

Moim marzeniem od ponad dwóch lat była kilkudniowa wycieczka rowerowa. Taka z prawdziwego zdarzenia. Wtedy w planach był wypad na Hel, wprost ze Świnoujścia. Plany zostały pokrzyżowane przez uraz w kolanie. Problem z pozoru malutki, gdyż chodzi o rzepkę, rozrósł się do takich rozmiarów, że musiałam odłożyć marzenia na później. Na szczęście, poza smutkiem, takie odkładanie nic nie kosztuje. Powrót do marzeń jako realnych sprawia, że można się poczuć w pełni szczęśliwym. Gdy zaczęłam regularnie jeździć na rowerze, pomyślałam: czemu by nie spróbować? Wystarczy zapakować porządnie rowery, wsadzić w pociąg. I do przodu!


Z ołówkiem w ręku, nad mapą pochylona

Plan był następujący: jedziemy wczesnym latem, tuż przed sezonem, na Mazury.  Gdy urlopy były już zaklepane, wstępnie określiłam trasę na ok. 400 km. W sześć dni, od Ełku do Olsztyna, poprzez Giżycko, Węgorzewo, Mrągowo, Mikołajki, Orzysz, Pisz, Ruciane-Nida, Szczytno. Do zrobienia! Rowery z obciążeniem ważyły ok. 20 kilogramów. Co prawda na co dzień jeżdżę nawet bez bagażnika (ściągnęłam cały ten ciężki sprzęt by czuć swobodę ruchów), ale nie wydawało mi się to zbyt dużą przeszkodą w pokonywaniu kilometrów. 


Rzeczywistość

Ostatecznie jednak plan nie został wykonany. Udało się nam wykonać go połowicznie - 230 km. Co stanęło na przeszkodzie? Tylko i wyłącznie piękno tego regionu. Śmialiśmy się, że po łódzkim do zrobienia w trzy dni - byle szybciej i jak najdalej. Ale na Mazurach?  Za dużo tego fajnego by tak odklepywać suche plany, oparte jedynie na mapach w google. Już jadąc pociągiem i obserwując to, co się dzieje za oknem w krajobrazie, nie mogłam usiedzieć na miejscu. Dodatkowo: kiszki marsza grały. Nie dojechaliśmy do Ełku, wysiedliśmy w Giżycku. I też w jego okolicach zostaliśmy. Skupiliśmy się na dwóch powiatach: giżyckim i węgorzewskim.


Do zapamiętania

Jeszcze przed opisaniem wyprawy (w kolejnych wpisach) chciałabym zaznaczyć, co warto brać pod uwagę, gdy wyjeżdża się na taką wyprawę:

Będąc na miejscu, warto od razu udać się do najbliższego punktu informacyjnego by zdobyć darmowe bądź tanie mapy i ulotki promujące region by móc lepiej zaplanować swoje trasy. Ja, jeszcze przed wyprawą, kupiłam przewodnik rowerowy wyd. Pascal, ale brakowało mi w nim map. Te, które były, mi nie wystarczyły a nie lubię polegać jedynie na opisach, gdyż rzeczywistość się wciąż zmienia i pewnych szczegółów może zabraknąć, więc człowiek łatwo się wtedy zgubi (o tym też opowiem).


Warto też zainwestować w sakwy, chociaż moim zdaniem nie muszą dużo kosztować. My mieliśmy tylko troki - do bagażników przytroczyliśmy namiot (podzieliliśmy go na dwa rowery), śpiwory (nie braliśmy karimat - do naprawienia na przyszły wyjazd), klapki, polary oraz sztormiaki. Dodatkowo: małe plecaki. Nie za ciężkie, ale gdyby ich zawartość rozłożona byłaby w sakwach, na pewno by nam ulżyło. Kiedy było gorąco, woleliśmy mieć na sobie dłuższe koszulki, ponieważ plecaki obcierały skórę i po pierwszym dniu rowerowania miałam całe czerwone ramiona. 

Mur beton

I na pewno warto pamiętać o tym, żeby sprawdzić swój rower (przede wszystkim osprzęt) i ewentualnie oddać do serwisu aby w czasie wyprawy nas nie zaskoczył. Dodatkowo należy pamiętać o oświetleniu, odblaskach i bidonie (zwłaszcza latem!). Takie niby małe popierdółki a jak wiele zmieniają w komforcie jazdy.

Bonus

Myślę, że nie ma sensu się wielce nastawiać na bicie rekordów. Wydaje mi się, że jest to dalekie od istoty podróżowania, gdyż skupiając się na wynikach, niczego nie będziemy widzieć. Ani słyszeć, bo z tubylcami też sobie w spokoju nie pogadamy! 

2 komentarze:

  1. Podziwiam pasję i piękne zdjęcia :)


    Nominuję Cie do Liebster Award - zapraszam po nominacje
    http://czarujacaklasykasmaku.blogspot.com/2013/07/nominacja-do-liebster-award.html :)

    OdpowiedzUsuń