środa, 24 lipca 2013

Spływaj!

Czym?

Najlepiej kajakiem.
Intryguje mnie kajak, ale nigdy nie trafiłam na osobę, z którą bym mogła wybrać się na wyprawę - tak powiedziałam do Doris i Julka, gdy siedzieliśmy sobie na ławce, w okolicy Rubinkowa w Toruniu. Ławka stoi na wzgórzu, szczątki lasu nieopodal, widok na ruchliwą drogę. Pijemy piwo i rozmawiamy. W końcu zabrali mnie na wycieczkę toruńskim szlakiem picia piwa. Lasy, rzeka, bunkry. I to wszystko w Toruniu. Wystarczy się rozejrzeć. Albo: znać miejscowych, tak zwanych tubylców, którzy na rozglądanie się mają więcej czasu. Od urodzenia do teraz, gdy mi pokazują swoje miejsca.


Doris poznałam w Szczecinie, w pracy, w korporacji. Na początku, nazwijmy to tak: nie iskrzyło między nami. Los jednak sprawił, że zmienili mi projekt,  posadzili mnie obok niej i jakoś się zgadałyśmy. Niedługo potem wróciłam do rodzinnego miasta, Poznania, gdzie znalazłam nową pracę. Nie chciałam urywać kontaktu z Doris, która zauroczyła mnie tekstem "to jabłko to masz z drzewa, czy z Netto?". Przyjeżdżałam do Szczecina w odwiedziny i poznałam jej chłopaka, Julka. Złoty chłopak. Parzy najlepszą kawę na świecie, chociaż na słodko, a ja takiej raczej nie piję. Jednak tę zaparzoną przez niego wypiłam ze smakiem.
Na ławce opowiadali mi o swoim kajakowaniu. A także o innych pasjonatach tego sportu. W sumie na lekko, jak to na piwku, zaczęliśmy rozwijać pomysł wspólnej wyprawy. Tak się rozkręciliśmy, że w sierpniu już byliśmy na rzece.

Dwa kajaki, cztery osoby, Parsęta. Była to moja druga rzeka. Pierwsza - Rega. Dzikusek. Ale w porównaniu z Parsętą tak jakby trochę bardziej ucywilizowany. Na Redze mi się spodobało, ale dostałam też w kość. Wszystko mnie bolało i miałam niezłe bóle w łapach. Następnego dnia płynęłam już gorzej, myśląc o powrocie. Była niedziela, a przecież w poniedziałek do pracy. Trzeba wrócić do Szczecina a ze Szczecina jeszcze do Poznania. To mnie zbyt spięło by się rozkoszować samym płynięciem. Był to też mój pierwszy raz, więc wiadomo, byłam dodatkowo dziewiczo spięta. A płynęłam z koleżanką z byłej pracy, która wczuła się w rolę szefa, wydającego co rusz nowe rozkazy. Przeważał: nie wiosłuj! A człowiek aż się garnie! Miałyśmy szalenie zwinny kajak a nurt był dość wartki. Przy najmniejszym ruchu wiosłami, lądowałyśmy w krzakach. Po jakimś czasie udało nam się zgrać. Później już tylko wspólnie kombinowałyśmy jak pokonać kolejną przeszkodę, z której strony ją brać by nie tracić całej energii na jej pokonanie. Bywały też momenty dramatyczne - gdy zagnieździła mi się noga między kajakiem a konarem drzewa, pod które wprowadził mnie prąd rzeki. Wykaraskałam się. Chwilę pobolało, ale o czym tu gadać? Czekają nas nowe zwalone drzewa, których na tym odcinku rzeki było niebywale dużo.


To było wyzwanie, ale nie na taką skalę jak na Parsęcie, w której wodach po raz pierwszy zobaczyłam zdechłego dzika. Dziko śmierdziało. Okolica była piękna przez co śmierć zwierzęcia wydawała się zdecydowanie bardziej przerażająca. Myślisz sobie: taki zwierz, silny, mocarny a powalony, prawdopodobnie siłą rzeki. Takie samo uczucie zresztą nachodzi człowieka, gdy widzi te wszystkie drzewa. Grube i, wydawałoby się, niezniszczalne. A leżą i stanowią naturalną przeszkodę. Zresztą, spora z nich część rośnie dalej, nie przejmując się faktem, że naturalnie jest "rosnąć pionowo" a nie tak na leżaka, leniucha, że swoją liściastą głową opierają się o jeden brzeg rzeki. I dumają w spokoju, a fakt, że ludzie ze swoimi kajakami przeskakują nad nimi, czy podpływają pod spodem, co chwilę gilgocząc korę kapeluszem, czy czupryną włosów, jakby w ogóle ich nie wzruszał.


Przyroda ustanawia reguły, którym musisz się podporządkować. Zwłaszcza gdy na trasie jest tylko cywilizacyjny przebłysk, posmak jedynie, nie żaden szał miast i miasteczek. Odradzają się więc instynkty, podstawowe potrzeby. Żadne tam: a może dziś pójdziemy sobie na kawkę na rynku a potem do kina na najnowszy film Almodovara? Albo: ale dziś mi się nudzi, wypowiedziane z krzyżówką w dłoni, wałkiem na głowie i perspektywą kanapy cały boży dzień. Na rzece po jakimś czasie dopada Cię zmęczenie, głód a mokre stopy wołają o odrobinę ciepła. Nastawiasz się całkowicie na miejsce na nocleg, ognisko, ciepłą strawę i możliwość wysuszenia siebie i przemoczonych ubrań. To Cię mobilizuje i jesteś w stanie dać z siebie wszystko, przekroczyć granice swojej słabości. Po całym dniu pływania masz już dość wszystkich tych powalonych drzew na rzece, chociaż wcześniej sprawiały Ci niesamowitą radość. Jednak nie krzyczysz nagle: koniec, wysiadam! Nigdzie dalej nie płynę! Mam tę zabawę gdzieś! Dorzucasz raczej do pieca i machasz wiosłami dalej, do momentu aż instynkty zostaną zaspokojone w pełni.


Ta wspólna gra z przyrodą pozwala na odcięcie się od świata, przygnębiającej codzienności, przytłaczającej szarugi i monotonii wykonywanych ruchów oraz wypowiadanych słów. Nie interesuje Cię, że politycy są nudni z tymi swoimi frazesami i brakiem sprawczości. Ani to, że znów pijany kierowca przeszarżował i gdzieś tam w rowie leżą ciała. Czy fakt, że w pracy stres, w domu problemy.  Typowo, między bliskim, bo gdzie indziej? Instynkty zaciemniają Ci te wszystkie obrazy. Głód, potrzeba ciepła przekrzykują wszystko inne.


Po prostu płyniesz.

Wszystko płynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz