Czym?
Najlepiej kajakiem.
Najlepiej kajakiem.
Intryguje mnie kajak, ale nigdy nie trafiłam na osobę, z którą bym mogła wybrać się na wyprawę - tak powiedziałam do Doris i Julka, gdy siedzieliśmy sobie na ławce, w okolicy Rubinkowa w Toruniu. Ławka stoi na wzgórzu, szczątki lasu nieopodal, widok na ruchliwą drogę. Pijemy piwo i rozmawiamy. W końcu zabrali mnie na wycieczkę toruńskim szlakiem picia piwa. Lasy, rzeka, bunkry. I to wszystko w Toruniu. Wystarczy się rozejrzeć. Albo: znać miejscowych, tak zwanych tubylców, którzy na rozglądanie się mają więcej czasu. Od urodzenia do teraz, gdy mi pokazują swoje miejsca.
Doris poznałam w Szczecinie, w pracy, w korporacji. Na początku, nazwijmy to tak: nie iskrzyło między nami. Los jednak sprawił, że zmienili mi projekt, posadzili mnie obok niej i jakoś się zgadałyśmy. Niedługo potem wróciłam do rodzinnego miasta, Poznania, gdzie znalazłam nową pracę. Nie chciałam urywać kontaktu z Doris, która zauroczyła mnie tekstem "to jabłko to masz z drzewa, czy z Netto?". Przyjeżdżałam do Szczecina w odwiedziny i poznałam jej chłopaka, Julka. Złoty chłopak. Parzy najlepszą kawę na świecie, chociaż na słodko, a ja takiej raczej nie piję. Jednak tę zaparzoną przez niego wypiłam ze smakiem.
Na ławce opowiadali mi o swoim kajakowaniu. A także o innych pasjonatach tego sportu. W sumie na lekko, jak to na piwku, zaczęliśmy rozwijać pomysł wspólnej wyprawy. Tak się rozkręciliśmy, że w sierpniu już byliśmy na rzece.
Dwa kajaki, cztery osoby, Parsęta. Była to moja druga rzeka. Pierwsza - Rega. Dzikusek. Ale w porównaniu z Parsętą tak jakby trochę bardziej ucywilizowany. Na Redze mi się spodobało, ale dostałam też w kość. Wszystko mnie bolało i miałam niezłe bóle w łapach. Następnego dnia płynęłam już gorzej, myśląc o powrocie. Była niedziela, a przecież w poniedziałek do pracy. Trzeba wrócić do Szczecina a ze Szczecina jeszcze do Poznania. To mnie zbyt spięło by się rozkoszować samym płynięciem. Był to też mój pierwszy raz, więc wiadomo, byłam dodatkowo dziewiczo spięta. A płynęłam z koleżanką z byłej pracy, która wczuła się w rolę szefa, wydającego co rusz nowe rozkazy. Przeważał: nie wiosłuj! A człowiek aż się garnie! Miałyśmy szalenie zwinny kajak a nurt był dość wartki. Przy najmniejszym ruchu wiosłami, lądowałyśmy w krzakach. Po jakimś czasie udało nam się zgrać. Później już tylko wspólnie kombinowałyśmy jak pokonać kolejną przeszkodę, z której strony ją brać by nie tracić całej energii na jej pokonanie. Bywały też momenty dramatyczne - gdy zagnieździła mi się noga między kajakiem a konarem drzewa, pod które wprowadził mnie prąd rzeki. Wykaraskałam się. Chwilę pobolało, ale o czym tu gadać? Czekają nas nowe zwalone drzewa, których na tym odcinku rzeki było niebywale dużo.
To było wyzwanie, ale nie na taką skalę jak na Parsęcie, w której wodach po raz pierwszy zobaczyłam zdechłego dzika. Dziko śmierdziało. Okolica była piękna przez co śmierć zwierzęcia wydawała się zdecydowanie bardziej przerażająca. Myślisz sobie: taki zwierz, silny, mocarny a powalony, prawdopodobnie siłą rzeki. Takie samo uczucie zresztą nachodzi człowieka, gdy widzi te wszystkie drzewa. Grube i, wydawałoby się, niezniszczalne. A leżą i stanowią naturalną przeszkodę. Zresztą, spora z nich część rośnie dalej, nie przejmując się faktem, że naturalnie jest "rosnąć pionowo" a nie tak na leżaka, leniucha, że swoją liściastą głową opierają się o jeden brzeg rzeki. I dumają w spokoju, a fakt, że ludzie ze swoimi kajakami przeskakują nad nimi, czy podpływają pod spodem, co chwilę gilgocząc korę kapeluszem, czy czupryną włosów, jakby w ogóle ich nie wzruszał.
Przyroda ustanawia reguły, którym musisz się podporządkować. Zwłaszcza gdy na trasie jest tylko cywilizacyjny przebłysk, posmak jedynie, nie żaden szał miast i miasteczek. Odradzają się więc instynkty, podstawowe potrzeby. Żadne tam: a może dziś pójdziemy sobie na kawkę na rynku a potem do kina na najnowszy film Almodovara? Albo: ale dziś mi się nudzi, wypowiedziane z krzyżówką w dłoni, wałkiem na głowie i perspektywą kanapy cały boży dzień. Na rzece po jakimś czasie dopada Cię zmęczenie, głód a mokre stopy wołają o odrobinę ciepła. Nastawiasz się całkowicie na miejsce na nocleg, ognisko, ciepłą strawę i możliwość wysuszenia siebie i przemoczonych ubrań. To Cię mobilizuje i jesteś w stanie dać z siebie wszystko, przekroczyć granice swojej słabości. Po całym dniu pływania masz już dość wszystkich tych powalonych drzew na rzece, chociaż wcześniej sprawiały Ci niesamowitą radość. Jednak nie krzyczysz nagle: koniec, wysiadam! Nigdzie dalej nie płynę! Mam tę zabawę gdzieś! Dorzucasz raczej do pieca i machasz wiosłami dalej, do momentu aż instynkty zostaną zaspokojone w pełni.
Ta wspólna gra z przyrodą pozwala na odcięcie się od świata, przygnębiającej codzienności, przytłaczającej szarugi i monotonii wykonywanych ruchów oraz wypowiadanych słów. Nie interesuje Cię, że politycy są nudni z tymi swoimi frazesami i brakiem sprawczości. Ani to, że znów pijany kierowca przeszarżował i gdzieś tam w rowie leżą ciała. Czy fakt, że w pracy stres, w domu problemy. Typowo, między bliskim, bo gdzie indziej? Instynkty zaciemniają Ci te wszystkie obrazy. Głód, potrzeba ciepła przekrzykują wszystko inne.
Po prostu płyniesz.
Wszystko płynie.
To było wyzwanie, ale nie na taką skalę jak na Parsęcie, w której wodach po raz pierwszy zobaczyłam zdechłego dzika. Dziko śmierdziało. Okolica była piękna przez co śmierć zwierzęcia wydawała się zdecydowanie bardziej przerażająca. Myślisz sobie: taki zwierz, silny, mocarny a powalony, prawdopodobnie siłą rzeki. Takie samo uczucie zresztą nachodzi człowieka, gdy widzi te wszystkie drzewa. Grube i, wydawałoby się, niezniszczalne. A leżą i stanowią naturalną przeszkodę. Zresztą, spora z nich część rośnie dalej, nie przejmując się faktem, że naturalnie jest "rosnąć pionowo" a nie tak na leżaka, leniucha, że swoją liściastą głową opierają się o jeden brzeg rzeki. I dumają w spokoju, a fakt, że ludzie ze swoimi kajakami przeskakują nad nimi, czy podpływają pod spodem, co chwilę gilgocząc korę kapeluszem, czy czupryną włosów, jakby w ogóle ich nie wzruszał.
Przyroda ustanawia reguły, którym musisz się podporządkować. Zwłaszcza gdy na trasie jest tylko cywilizacyjny przebłysk, posmak jedynie, nie żaden szał miast i miasteczek. Odradzają się więc instynkty, podstawowe potrzeby. Żadne tam: a może dziś pójdziemy sobie na kawkę na rynku a potem do kina na najnowszy film Almodovara? Albo: ale dziś mi się nudzi, wypowiedziane z krzyżówką w dłoni, wałkiem na głowie i perspektywą kanapy cały boży dzień. Na rzece po jakimś czasie dopada Cię zmęczenie, głód a mokre stopy wołają o odrobinę ciepła. Nastawiasz się całkowicie na miejsce na nocleg, ognisko, ciepłą strawę i możliwość wysuszenia siebie i przemoczonych ubrań. To Cię mobilizuje i jesteś w stanie dać z siebie wszystko, przekroczyć granice swojej słabości. Po całym dniu pływania masz już dość wszystkich tych powalonych drzew na rzece, chociaż wcześniej sprawiały Ci niesamowitą radość. Jednak nie krzyczysz nagle: koniec, wysiadam! Nigdzie dalej nie płynę! Mam tę zabawę gdzieś! Dorzucasz raczej do pieca i machasz wiosłami dalej, do momentu aż instynkty zostaną zaspokojone w pełni.
Ta wspólna gra z przyrodą pozwala na odcięcie się od świata, przygnębiającej codzienności, przytłaczającej szarugi i monotonii wykonywanych ruchów oraz wypowiadanych słów. Nie interesuje Cię, że politycy są nudni z tymi swoimi frazesami i brakiem sprawczości. Ani to, że znów pijany kierowca przeszarżował i gdzieś tam w rowie leżą ciała. Czy fakt, że w pracy stres, w domu problemy. Typowo, między bliskim, bo gdzie indziej? Instynkty zaciemniają Ci te wszystkie obrazy. Głód, potrzeba ciepła przekrzykują wszystko inne.
Po prostu płyniesz.
Wszystko płynie.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz