Tak mi pobrzmiewa w głowie odkąd nauczyłam się paru rzeczy w jeździe na rowerze i zakupiłam porządną maszynę, którą pokochałam całą sobą. Kiedyś miałam niezłego dziada. To znaczy nie wiedziałam o tym, że jest dziadem i tak naprawdę nie tyle nie chce ze mną współpracować, co po prostu nie stać go na więcej. Dyszał i ja dyszałam. Stękał i ja z nim. Rafał na mnie krzyczał nie zamulaj tak! jak tylko wychodziliśmy pojeździć. A wychodziliśmy dość często, gdyż wymyśliłam podróż po krajach nadbałtyckich. Weźmiemy auto (wtedy kochaną białą strzałę - Cytrynkę ZX), wpakujemy do niego rowery i będziemy sobie jeździć po Litwie, Łotwie i Estonii. Jak miło! Przydałaby się dobra forma? Chyba tak.
O tym, że mój rower to dziad dowiedziałam się właśnie na tym wyjeździe. Rafał nie mógł znieść faktu, że nawet z górki na pazurki pozostawia mnie daleko w tyle. W końcu tak się zdenerwował, że wsiadł na "dziada" i przejechał nim kawałeczek. Stwierdził, że nie dziwi się, iż tak wolno jadę. Po pierwsze: na tym się nie da jeździć. Nic dziwnego, rower miał już kilkanaście lat i był raczej z tych najtańszych (wtedy pierwszy raz usłyszałam słowo: osprzęt). Po drugie: czy Ty w ogóle używasz przerzutek? No i właśnie. Kłopotliwa kwestia. Nie używałam. Mając 23 lata wciąż byłam przekonana, że zmiana przerzutki na lżejszą jest dla mięczaków. Kozaki jadą na najcięższych, dając sobie cały czas w kość! Nie przemknęło mi nawet przez myśl, że może to być kwestia jazdy ekonomicznej i dzięki temu w pełni uśmiechnięta przejadę nawet ze sto kilometrów. Jakbym w ogóle zablokowała myślenie w momencie wsiadania na rower! Rafał, słuchając moich desperackich wywodów, podpartych świadomością filozofa twardziela, cmoknął z dezaprobatą. Nazwał mnie blondynką. Po czym nauczył mnie jeździć na rowerze. Pierwszą szkołę rowerowej jazdy przeszłam z tatą, gdy miałam kilka lat. Wtedy jednak jeździłam na składaku, który nie był technicznie rozwinięty. Rafał natomiast pokazał mi jak być rowerzystką, jak poczuć siebie na rowerze i, przede wszystkim, jak wyczuć rower. Właściwie do teraz mi to pokazuje. Wcześniej byłam typem włóczęgi, który potrafi chodzić cały dzień i go to w ogóle nie nudzi. Po prostu zakładasz buty i idziesz. W góry, przez miasto, po plaży. Przed siebie. Rafał z kolei całymi dniami jeździł na rowerze. Był dzieciakiem uzależnionym od tego typu wysiłku. Brał dwa batony z kuchennej szafki, brał rower i trzaskał drzwiami. Tyle go było widać w domu! Aż do wieczora. Nudziło go chodzenie. Mnie z kolei przerastało jeżdżenie na rowerze (do momentu, gdy się nie nauczyłam wielu przydatnych rzeczy). Raz z tatą wybrałam się na pięćdziesięciokilometrową przejażdżkę, po której zdechłam z tysiąc razy.
Położyłam się o 16:00 i wstałam następnego dnia z tak obolałymi mięśniami jakby ktoś mnie po nich okładał grubą, sosnową deską, w szybkim tempie, szaleńczo, jakby całą mocą mnie nienawidził. Może to robił ten mój rowerowy dziad? No to ja mu się odwdzięczę! Nie użyję go już nigdy!!
I rzeczywiście, skupiłam się na pieszych włóczęgach, uważając, że rower to zło i chyba nigdy się nie pokochamy!
Teraz jednak nie wyobrażam sobie przemieszczać się w inny sposób, gdyż rower pozwala zaoszczędzić dużo czasu w przedzieraniu się przez "nudne" części trasy, którą sobie zaplanuję. Poza tym przy zjeżdżaniu z górki, czyli tak zwanej "jeździe za darmo" (termin ten zapożyczyłam od Doris, która mówi o "pływaniu za darmo" w kajaku przy dobrym prądzie na rzece) odczuwa się połączenie totalnej swobody, dziecięcej radości i ekstazy zmęczenia. Czasem nawet chce mi się krzyczeć: ach, wolność, ach to Ty! To tak jakby wejść na szczyt po długiej i wyczerpującej wędrówce i zobaczyć to całe piękno, które gwarantuje Ci widok z samego koniuszka góry, na który wszedłeś sam, bez pomocy wyciągu, czy innych szarlataństw. Na rowerze możesz to przeżywać co parę kilometrów!
Dwa lata później po wyjeździe, na którym zostałam rowerowo oświecona, kupiłam sobie nowy rower, odstawiając rower-dziada do ciemnej piwnicy. Uzbierałam trochę pieniędzy, pracując w korporacji. Łaziliśmy z Rafałem po sklepach, pytając specjalistów, co i jak, po czym wybrałam na necie rower używany. Roczny. Białą damkę. Wcześniej jeździłam na męskim, gdyż wydawało mi się to mniej żenujące. Po wielu obiciach swojej intymności, stwierdziłam, że tym razem pomyślę o sobie i zagwarantuję sobie ulgę.
Gdy na niego pierwszy raz wsiadłam, ze szczęścia popędziłam, co sił w nogach. A Rafał? No cóż, tym razem to on zamulał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz