Czekam na Toruń. To już jutro. Jadę tam nie tylko pozwiedzać, nie tylko spotkać się z paroma osobami, ale też pobiegać. W niedzielę odbywa się bowiem Bieg Mikołajów i mam zamiar przywdziać czapkę i dumnie ją nieść przez 21km z małym hakiem. Upatruję się w tym wyjeździe następujących rzeczy - spuszczenia a) z wysokiego tonu b) powietrza z opon stresu i napięcia oraz dogłębnego relaksu poprzez zabawę i sen. Skąd we mnie złe emocje? Zawsze występują obok dobrych, współgrają. Jednak, gdy te dobre osiągają jakieś niebotyczne szczyty to i złe podhajcowują się do białości i w ten sposób działam na najwyższych obrotach i wiecznie jestem zmęczona. We wtorek to zmęczenie oszukałam. Pojechałam z Kają na trening do ciemnych lasów, pagórków niedaleko Murowanej Gośliny. Ubrałyśmy się ciepło, na głowę czołówki i dołączyłyśmy do grupy zapalonych biegaczy by trenować zbiegi i podbiegi. Przez połowę treningu pokonywałam kryzysy&słabości by w końcu poczuć siłę jakiej dawno nie czułam. Gdy już stałam się siłaczem nie z tej Ziemi, klasycznie zaliczyłam glebę. Nic z tego, czekam na Toruń.
Codziennie, w tygodniu, chodzę na autobus do pracy z buta. Na przystanek, z którego odjeżdża przeważnie mój ulubiony kierowca ("wczoraj Panią tam wysadzałem, dzisiaj tu, a jutro gdzie, hę?"), mam ponad dwa kilometry. Idę przez mroczne uliczki Łazarza, dzielnicy Poznania, by dostać się do granic Wildy i Dębca, które też do najjaśniejszych nie należą. Najpierw ciemnymi zakątkami, ukrytymi za grubą gąsienicą Głogowską, po krzywych chodnikach. Przecinam działki, przy których czasem stoją po fajrancie mężczyźni z brodami i piwem. Potem idę wzdłuż Hetmańskiej, na której zawsze się dzieje za dużo i za głośno. Przemierzam tunel, pełen graffiti. Niektóre malunki są naprawdę ciekawe. Zaczepiają. Ostatnio śnił mi się sen o wypadku, karambolu wręcz, przy tej ulicy, na torowisku leżały zmasakrowane ciała, zmiażdżony tramwaj, potłuczone osobówki. Wstałam rano i gdy szłam Hetmańską, wciąż zaspana, z klejącymi się oczyma, nagle zabrzęczała karetka. Pomyślałam: w końcu do nich jadą, do rannych, do zabitych. Potrzebowałam pięciu minut szybkiego spaceru, żeby doszło do mnie, iż już w śnie nie siedzę. Nadchodzi jawa, nadchodzi codzienność.
Wczoraj Poznań zalany lodowatym deszczo-śniegiem. To już nawet nie był puszek, to były ostre kostki lodu wbijające się w skórę. Zamiast pieszo, pokonałam odległości komunikacją miejską. W niej otwarta książka i znów wysiadłam tam, gdzie nie trzeba, bo się zaczytałam. Szybko przebiegłam przez park Kasprowicza, co rusz lądując telemarkiem, gdyż nawierzchnia była cała śliska a moje stukające buty sobie z tym nie radziły. Zmęczenie doszło do granicy ostatecznej i późnym wieczorem z miejsca zasnęłam, wcześniej wykonując szereg w miarę potrzebnych czynności. W malignie bardziej niż w pełni świadomości.
Dziś wstałam z przekonaniem, że muszę się jakoś odświeżyć, rozbudzić, bo każdy poranek wygląda coraz bardziej jak poranek zombi a nie młodej i sił pełnej dziewczyny. Przypominając sobie frazę kierownika nadmorskich kolonii: "prawdziwy turysta chodzi różnymi drogami", zmieniłam trasę na autobus, który w Poznaniu zatrzymuje się w dwóch miejscach.
Szłam tym razem grubą gąsienicą Głogowską, która powolnie się rozbudzała do życia. Minęłam Dworzec Główny. Przechodząc przez niego, obserwowałam pośpiech podróżnych. Po drodze mignęła mi tablica: 6:52 Szczecin Główny. Opanowałam chęć by wsiąść do tego pociągu. Wybiegałam szybko w stronę Dworca Letniego by uciec od pragnień.
Ta droga do autobusu wydaje się mniej ciekawa. Mnóstwo ludzi. Żywych. Nie takich zmechanizowanych, co to by z poczuciem błyskotliwości mogli powiedzieć ten słaby żart: jestem dziś samochodem, nie człowiekiem. Poza tym jest się wciąż na widoku, w światłach ulicznych lamp i witryn sklepowych. Czuję się jak na dłoni a przecież wolę się skrywać, chować i przemierzać przez świat niezauważona.
Czy naprawdę?
Ta droga do autobusu wydaje się mniej ciekawa. Mnóstwo ludzi. Żywych. Nie takich zmechanizowanych, co to by z poczuciem błyskotliwości mogli powiedzieć ten słaby żart: jestem dziś samochodem, nie człowiekiem. Poza tym jest się wciąż na widoku, w światłach ulicznych lamp i witryn sklepowych. Czuję się jak na dłoni a przecież wolę się skrywać, chować i przemierzać przez świat niezauważona.
Czy naprawdę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz