poniedziałek, 23 grudnia 2013

Reisefieber.

Gorączka przed podróżą wciąż mnie dotyka, mimo że najeździłam się już sporo i wydawałoby się, że czas najwyższy podchodzić do wszystkiego na spokojnie. Tymczasem nerwowość, ale taka przyjemna, chociaż zasiewająca ziarnko dyskomfortu, trwa w najlepsze, a co gorsza, wydaje mi się, że wciąż dopiero się rozgrzewa i kiedyś z tego wszystkiego po prostu wybuchnę. Od paru dni pakuję już w myślach plecak, co rusz zmieniając koncepcję, wykładając z niego to, dokładając coś zupełnie innego. Nie lubię się pakować, ale sprawia mi przyjemność myślenie o tym, że to mnie czeka, bo jakby nie było, jest to jeden z elementów podróżowania. Czyli już niedługo wsiadam w pociąg i ruszam fiuuuu! nad morze!
 
Trzeba będzie ściągnąć plecak z szafki, zdmuchnąć z niego narosły kurz (dawno nie używałam wielkiego plecaka o nazwie K2, z którego Doris wciąż się wyśmiewa, gdyż w zeszłym roku, gdy jechaliśmy do Zieleńca posmakować białego szaleństwa zaznaczyła by nie brać potężnego bagażu a K2 sam w sobie jest wielkoludem, więc upchanie go do bagażnika było nie lada sztuką; no ale cóż, u mnie same skrajności - albo mały plecaczek z wetkniętymi w niego różowymi sznurowadłami albo ten gigant) i poupychać parę szpargałów. Szczoteczkę do zębów, książkę, sukienki, zapięcie do roweru.
 
Moja biała strzała jedzie ze mną do Trójmiasta. Już ma swój własny bilet. Mam plan wybrać się w tym magicznym czasie na Hel na rowerze. Nie będę więc nikomu życzyć białych Świąt, gdyż liczę na posuchę tego roku. Zresztą od momentu, gdy musiałam jeździć codziennie do pracy z Kiekrza samochodem przez ciemne lasy i zakręcone wertepy, nie oczekuję śniegu z niecierpliwością. Nawet jeżeli teraz daleko mi do tego by wsiąść w samochód i gdzieś pojechać. Ostatnim razem prowadziłam auto, gdy jechaliśmy ekipą na koncert Nick'a Cave'a do Hamburga (to dziwne, że to marzenie już za mną, więc marzę o tym dalej - by pojechać na jego koncert i znów zobaczyć jakim genialnym jest estradowcem) i przypomniało mi się, że w sumie lubię, ale nie do szaleństwa i po jakimś czasie mi się po prostu nudzi. Chyba że się jedzie oblodzonymi, dziurawymi, wiejskimi drogami. Wtedy nuda na zawita. Jest skupienie. Zwłaszcza po tym jak niemalże wjechałam w dzika, który gdzieś biegł przed siebie. Uciekał albo gonił. Trudno stwierdzić, była siódma rano i dopiero co się obudziłam. W momencie, gdy zauważyłam, że zaraz walnę w to zwierzę. Jechałam lasem, nie świeciły latarnie, wciąż nie wypiłam kawy. Taka atmosfera.
 
Patrząc na pogodę za oknem bliżej nam do wiosny niż zimy, więc może jednak się uda i rowerem nie ugrzęznę w żadnej zaspie. Chociaż Ksawery chyba nauczył mnie pokory, że właściwie to stać się może wszystko i nie ma sensu przewidywać. Będzie co będzie. Nawet jeżeli nie uda się z tym Helem to i tak będzie spełnienie, bo nie będę musiała siedzieć w Poznaniu. I oderwę się od wielu, wielu spraw.
 
Tymczasem gorączka i myśli o: pakowaniu plecaka, zawiązywaniu butów przed wyjściem na pociąg i spojrzeniu przez okno pociągu na nudne, rozciągające się na cały wszechświat pola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz