Umówiłyśmy się na skrzyżowaniu dwóch wielkich niczym tłuste gąsienice, soczystych w hałasy, ulic.
Po fajrancie trzeba było wsiąść w autobus, żeby z tej agroturystyki przedostać się w bardziej cywilizowane miejsce. Praca na wsi ma swoje zalety, które nie są w stanie być zakłócone przez smród nawozu, czy natrętne muchy. Mam pewne podejrzenie co do tych much. Ich liczba w biurowej przestrzeni nie może nigdy być ani większa ani mniejsza. Zabijam jedną, pacam ją packą z pewną dozą złości, dość długo pozwalając na jej harce przy monitorze, po czym pojawia się następna. Patrzę do kosza na śmieci. Zwłoki muchy dopiero co zniszczonej packą, leżą w koszu. Więc jak to się stało? Zmiennicy?
Nie mam siły o tym myśleć. Jest piątek, pozamykałam to, co się dało pozamykać. Posprzątałam na biurku, kubek wyniosłam do zmywarki, a w kalendarzu na szybko zapisałam sprawy na poniedziałek. Jak tylko przekroczę próg budynku, szklane drzwi sezamie otwórz się, i udam się w stronę autobusu, już po mnie w sosie korporacyjnym. Znikam. Nie ma mnie do poniedziałku. Au revoir!
Później, deszczowo, ale ciepło, tramwajem. Przebiegam skrzyżowanie na czerwonym. W Poznaniu to norma, podstawa. Tutaj pieszy jest na końcu przewodu pokarmowego. Cała sygnalizacja świetlna jest tak zaprojektowana, żebyś nigdy nie mógł przejść. Liczysz się jako kierowca. Jako pieszy musisz w sobie wyhodować cierpliwość, całe jej stado. W tramwaju otrzepuję się z resztek pracy, zakurzona biurową atmosferą, odżywam, piszczę jak wesoły piesek. Z jęzorem na wierzchu. Inna opcja nie wchodzi w grę.
Plan mamy niedopracowany, w zarysach jedynie. Chodzi o żywioł, o wejście w rzekę z szalonym nurtem. Nie musisz się przejmować, ona Cię poniesie.
Nas niesie hulaszczo-konsumpcyjnie. Wiedzie przez Głogowską, gdzie zatrzymujemy się w dwóch strategicznych punktach - by napchać brzuch pyzami w sosie myśliwskim i wypełnić plecak baterią na podróż pociągiem. Pani w sklepie, typowo, prosi o dowody. I tak już od prawie dziesięciu lat.
Przed pociągiem jeszcze sporo czasu, chociaż ociągałyśmy się ze spacerem, sprawiając by nogi były jak najcięższe, najwolniejsze. Ale to nie jest łatwe, gdy włóczysz się od zawsze, poszerzając jedynie krąg swoich włóczęg. To znaczy, my dwie, ja i Ksiagi, wyrosłyśmy z osiedla. Tam potrafiłyśmy jako dzieciaki, łazić całymi dniami i był to dla nas przeogromny świat. Potem świat malał, trzeba było go jakoś rozciągać.
Wchodzimy na piwo. Wypisujemy weekendowe bilety, na szybko wymieniamy się informacjami. To takie niesamowite, że znasz kogoś tyle lat, szmat czasu, a zawsze masz mu coś do powiedzenia, buzia się nie zamyka. Nie jest ważne, czy wychyliłeś piwko, czy nie, słowotok pełną parą. Więc my się nie możemy nagadać. I gadamy, gadamy, chociaż wokół mnóstwo dziwnych/ciekawych ludzi, niewymuskanych, bardziej przyziemnych. Spotkasz ich w takich właśnie miejscach, spelunowatych. Tu jest życie, myślę sobie, nie ma udawania, jest za to dużo ciekawego słowa (jeden mężczyzna drugiemu coś żywo opowiada i w pewnym momencie ciska taką piękną frazą: poszedłem na tzw. dwójkę, przy czym gestykuluje znak pokoju). Opowieści płyną, mieszają się z papierosowym dymem.
Zwierzyniec. My jako zwierzęta, część tego świata, nie odcinamy się od niego, nie żyjemy w kolorowej gazecie. Takie myśli mnie napędzają.
Wsiadamy do pociągu, słońce w pełnej okazałości, zakochani przyklejeni na peronie. Wybrałyśmy przedział rowerowy. Można zdjąć trampki, usiąść na ziemi, w całości się wyprostować. Wchodzą ludzie, wychodzą ludzie. Podsłuchują moje i Ksiagi rozmowy. Czy coś z tego rozumieją? Nie wiem, chyba nie, bo gdy znasz kogoś tak długo, porozumiewasz się skrótami. Nie musisz mówić pełnym zdaniem, pewne rzeczy są zbyt oczywiste. To jest kontakt dwóch małp, które wydają dźwięki, nakreślają łapami duże kręgi, poruszają bardziej swoim ciałem niż językiem.
W Lesznie wsiada nowa ekipa, w tym dwóch mężczyzn. Wielbłądy. Ciągną ze sobą przeogromne torby. Siedzą i milczą. My pijemy i wręcz przeciwnie, milczeć wciąż nie chcemy. Jedziemy i jedziemy, stukot kół, w końcu zostajemy w czwórkę w przedziale rowerowym i, to naturalne, mężczyźni zostają włączeni do rozmowy.
Wracają z Niemiec, gdzie zbierali przez miesiąc szparagi. Ciężka robota. Żyją w niezbyt przyjemnych warunkach. Śpią na łóżkach piętrowych i jeden z nich, niestety, pod alkoholikiem, który upija się dzień w dzień i robi pod siebie. Śmierdzi. Inni wciąż piją. Oni pojechali zarabiać. W Polsce biednie, nie da się tak ładnie wyciągnąć finansowo. I z dumą pokazują na torby - pełne słodyczy. Moja to lubi podjeść słodkiego - mówi jeden z nich. Nawet nie pamiętam jak wyglądali. Wiem, że byli przemęczeni, ale, gdy o tych słodyczach, to uśmiech wielki na twarzy. Z dumą pokazują ogromny sloik Nutelli i przekomarzają się: no obstawiajcie, ile może kosztować? Na pożeganie dostałyśmy dwie duże czekolady. Życzyliśmy sobie szerokości. Świata i serca.
Szalona przesiadka we Wrocławiu, bo pociągi jak zwykle spóźnione i trzeba biec tak mocno jakby chciało się złamać swój czas, pokonać prędkość światła. Nerwowość. Na tych dworcach zawsze nerwowość. Do Kłodzka docieramy dość późno a napotkany miejscowy mówi, że najlepiej to takskówkę brać. Bierzemy. Noclegi mamy w ośrodku sportowym. Zaspana pani w recpecji z trudem wydaje nam klucze, opowiadając o wspaniałości imprezy Dni Kłodzka.
To jutro. Teraz chcemy wrzucić plecaki do pokoju i jeszcze trochę posmakować nocnego miasta. Taksówka tak gnała, że nic do nas nie dotarło. Tylko słowa rozgadanego, mimo później pory, taksówkarza. Napisałabym, że oni są zawsze rozgadani. Ale trafiłam tyle razy na obalenie tego stereotypu, że nie, nie napiszę.
Szwendamy się, szumi rzeka, pachnie nocą i górami. Spotykamy pijanych ludzi, którzy pieszo wracają do domu a dom gdzieś tam hen, daleko. W ciągu następnych dni dowiemy się, że to normalne, takie chodzenie po pijaku do domu gdzieś pod Kłodzko. Idziemy z piwami, więc pijany facet do nas rzuca, żebyśmy tego nie robiły, bo to złe, niszczące. I włącza mu się tryb opowieści. Jego żona jest w zaawansowanej już ciąży i pije pięć browarów dziennie. Jego siostra urodziła dziecko z Zespołem Downa, ale on będzie je kochał jak swoje.
Dowidzenia, miłej drogi! - tak na koniec. Chociaż czy ich droga będzie miła? Czy będzie chociaż blisko, na wyciągnięcie ręki, do tego epitetu?
Siadamy na trybunach, snujemy opowiastki o podróżach i marzymy o wyjeździe z tego smutnego kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz